Akcja małą literą – uczmy dzieci czytać

Klocki drewniane

Zabawa polskimi literami

Nauka przez zabawę


Dzisiaj chciałabym Was zaprosić do poparcia grupy, która powstała by propagować poprawne uczenie naszych dzieci polskich liter. Celem  jest znalezienie producenta, który będzie chętny do wyprodukowania drewnianych klocków z małymi polskimi literami. Takie klocki są zupełnie niedostępne na polskim rynku, nie wspominając o polskich znakach takich jak „ć”, „ś”, „ę”, „ą”. Najczęściej możemy kupić zestawy klocków z alfabetem łacińskim, a przyznacie, że wyrazów  w języku polskim z literami „v”, „q” czy „x”  nie mamy. Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na różnicę w wyglądzie dużych liter i małych. Jeśli nasze dzieci od maleńkości opatrzą się z dużymi drukowanymi literami to zaczynając szkołę będą musiały swoją naukę niejako od początku, ponieważ nijak będzie się miało „A” do „a”, nieprawdaż?
W projekcie są 24 klocki i 120 płaszczyzn do dyspozycji. Jeśli jakaś firma podejmie się wyprodukowania tych klocków dadzą one możliwość układania bardzo wielu kombinacji wyrazowych. Już Maluszki będą mogły bawiąc się patrzeć na literki i zapamiętywać ich wygląd.
Propozycja klocków

Chciałabym przedstawić też panią Marię Trojanowicz – Kasprzak, która zajmuje się wdrażaniem czytania globalnego i propagowania prawidłowej nauki czytania. Pani Maria współpracuje też z wydawnictwem Pentliczek, które wydaje gotowe plansze do nauki czytania globalnego.
Przeczytajcie apel Pani Marii:

 Mądrzy Rodzice, załóżmy że któregoś dnia przychodzi Wam głowy pomysł na
nowy prezent dla Waszej pociechy. To ma być mądry prezent. Edukacyjny.
Klocki z literami. Świetny pomysł – myślicie – bo maluch będzie sobie
konstruował, a przy okazji, mimochodem dopyta się o literki i zapamięta
je…
Jesteście Mądrymi Rodzicami, zatem rodzicami myślącymi. Toteż
rozumujecie tak – najlepiej, żeby to były przyjazne, drewniane klocki, a
na nich małe i duże litery drukowane. Do tego polskie znaki
(zmiękczenia, dwuznaki, ogonki), może znaki interpunkcyjne…
Pomysł okazuje się niedorzeczny!
Wyruszacie do sklepu albo wrzucacie w wyszukiwarkę odpowiednie hasło.
Otwiera się mnóstwo stron, a sprzedawca w sklepie wykłada na ladę
dziesiątki kolorowych pudeł. Co się okazuje? Macie do wyboru albo
alfabet łaciński (bez polskich znaków, za to z literami x, q, v), albo w
y ł ą c z n i e duże litery drukowane, albo (w jednym jedynym
przypadku) litery małe, ale pisane (kaligraficzne, takie jak w
zeszycie).
Dziwicie się. Marszczycie brew. Nie dowierzacie. Jak to? W niemal
40-milionowym kraju nie ma ani jednego pudła właściwych klocków? Ano nie
ma! Był przed laty producent, który takie klocki robił, ale
przebranżowił się. Huśtawki i sanki sprzedają się lepiej.
No dobrze, główkujecie. To może niech będą tylko duże drukowane litery? I
tutaj wkraczam ja z głosem protestu. Nie, tak nie może być. Tak nie
jest dobrze. Spójrzcie. Ten tekst pisany jest małymi drukowanymi
literami. Małe są w prasie, książkach, urzędowych pismach, e-mailach.
Wszędzie.
Duże litery mają rację bytu w nazwach własnych, tytułach, na początku zdania, na szyldach. Finito!
Duże i małe litery bardzo różnią się od siebie. Popatrzcie: R-r, M-m,
D-d, G-g… itd. Nie można nauczyć dziecka jedynie dużych liter, z czasem
musiałoby naukę zaczynać od początku.

Nasza akcja (Akcja małą literą) ma na celu skłonienie polskich
producentów (producenta?) do wypuszczenia na rynek poprawnych
merytorycznie literowych klocków. Mamy już projekt. Potrzebujemy mocy,
poparcia, liczebności. Bo dotąd nagabywani przeze mnie producenci
wzruszali ramionami i odpowiadali: – Po co? Skoro te co są sprzedają się
dobrze?
I o tę moc w naszej akcji chodzi…

Maria Trojanowicz-Kasprzak
Prekursorka polskiej odmiany czytania globalnego (metoda Domana),
autorka książek do nauki czytania, ekspert Polskiej Sieci Kobiet Nauki
autorka stron: Czytanie Globalne i Fan Page Czytanie Globalne

P.S. Problem dotyczy także puzzli literowych, układanek, loteryjek,
aplikacji i programów do nauki czytania. Jego skala jest naprawdę
olbrzymia.

Zapraszam do poparcia akcji i przyłączenia się do nas na fb!
Kliknij w baner i przyłącz się do akcji!


Melissa&Doug – ćwiczymy motorykę małą

Naklejki wielokrotnego użytku

Melissa&Doug

Szalone twarze

U nas zabawa trwa na całego. Na dwór wychodzić za bardzo nie możemy, więc staramy się umilać sobie czas w domu. Jakiś czas temu zawitały u nas naklejki wielokrotnego użytku firmy Melissa&Doug „Szalone twarze”.  Jest to świetna rozrywka dla Malucha, który bardzo lubi naklejki,a nic tak bardzo nie frustruje jak przyklejona naklejka, której nie można później już odkleić i przykleić w innym miejscu. 

W komplecie dostajemy kilkanaście arkuszy zarysów twarzy oraz arkusze  z naklejkami. Do wyboru wiele różnych par oczu, nosów, brwi, ust. W pakiecie dostajemy nawet brody, wąsy i okulary. Raczej są to bardzo charakterystyczne twarze o nieregularnych rysach i cechach. Jest pirat, wieśniak (akurat ulubiony u Tomka ze względu na muchy na uszach i nosie ;)), Frankenstein, murzyn, ufoludek itd…
Zabawa jest przednia i co najważniejsze zajmuje mojego syna na dłuższą chwilę, co nie jest takie oczywiste…

Dzisiaj jednak wykorzystaliśmy naklejki do nieco innego zajęcia…będąc nadal w temacie naszych ufoludków Tomek stworzył swoją wersję zielonego potwora z  patyczków kreatywnych, durszlaka oraz wyżej wspomnianych naklejek.

Zabawę rozpoczęliśmy od przepychania malutkich kuleczek z papieru toaletowego przez dziurki durszlaka. Wbrew pozorom było to trudne zadanie i nie takie rachu ciachu. Wymagało to dużej uwagi i koncentracji od Tomka żeby chwycić paluszkami malutką kuleczkę, a potem wycelować w dziurkę. Niekiedy popychał sobie kuleczki patyczkiem kreatywnym. Był to bardzo dobre ćwiczenie na motorykę małą. Kolejnym krokiem naszej zabawy było układanie patyczków w dziurkach durszlaka. To było prostsze i poszło łatwiej. Frajda jednak była znacząca 🙂 

Gdy wszystkie wyciorki były ułożone i ukształtowane na „szalony fryz” przyszła kolej na naklejenie oczu, nosa i ust. W tym momencie dowiedziałam się, że to nie będzie zwykły potwór tylko straszna postać z kosmosu.

.

Naklejaniu oczu nie było końca…stanęło na pięciu,  później pyrkaty nos oraz usta z krzywymi zębami.

Ostatnim etapem było ułożenie much(papierowych kulek) we włosach potwora, a po sesji zdjęciowej uroczyste rozebranie stwora na części pierwsze.

Zachęcamy do zabawy!
A jeśli uda się Wam stworzyć Wasze potwory to podzielcie się zdjęciami w komentarzach, chętnie obejrzymy co wam wyszło!

Przygody z książką…#2 Dom duchów

W ramach zbliżającego się Halloween postanowiłam pokazać książkę – zeszyt ćwiczeń, który pozwala nam na zbudowanie własnego domu strachów…

31.października, czyli dzień przed „naszym” Świętem Zmarłych obchodzony jest w wielu krajach wieczór maskarady. Głównym symbolem święta jest wydrążona i podświetlona od środka dynia z groźnymi zębami. Innymi symbolami są duchy, wampiry, czarownice. 
Nazwa Halloween jest najprawdopodobniej skróconym All Hallows’ E’en, czyli wcześniejszym „All Hallows’ Eve” – wigilia Wszystkich Świętych. Najhuczniej święto to obchodzone jest w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. W Polsce jest również coraz częściej obchodzone poprzez organizowanie dla dzieci przyjęć – przebieranek z zabawami i  zwyczajami przeniesionymi z zagranicy. Natomiast od kilku lat katolicy w wielu miastach(odbyły się m.in. w Bielsku -Białej, w Częstochowie, Katowicach, Poznaniu i kilku innych) organizują pochód o nazwie „Korowód Świętych”. 
Jest to zdecydowanie pozycja dla starszych dzieci z bardzo sprawnymi paluszkami, ponieważ składanie bardzo drobnych elementów wymaga dużej precyzji i skupienia. 
O czym przeczytamy w środku? Znajdziemy opis duchów, czarownic,
kościotrupów, wilkołaków i innych strasznych postaci kojarzących się nam
z Halloween.

Poznamy triki pomagające przetrwać w domu duchów. Wskazówki typu: wampiry nienawidzą czosnku, należy czosnek trzymać blisko siebie i wyjąć w odpowiednim momencie gdy wampir będzie się zbliżał…mamy wtedy gwarancję, że ucieknie gdzie pieprz rośnie 😉
Koniecznie należy mieć przy sobie podręczną latarkę…
Można podrzucać skórki od bananów pod stopy potworów…
Samemu można sprawić sobie przerażającą maskę…a może to zjawy przestraszą się nas…
I dwie ostatnie porady…nałożyć na siebie białe prześcieradło, wtedy sami będziemy wyglądać jak duchy oraz gdy już nic nie pomoże rozwiązaniem mogą być śmierdzące bomby;) dla każdego coś ciekawego…młody czytelnik pewnie znajdzie tu coś interesującego;)
Możemy również przeczytać krótkie legendy o nawiedzonych domach oraz poznać te najpopularniejsze filmowe zjawy, czyli Dracule, Frankensteina i ducha Kacperka.

Na następnych stronach znajdziemy już instrukcję krok po kroku jak złożyć dom. Poszczególne elementy wypycha się palcami, są oczywiście ponumerowane wg kolejności pracy, bo bez tego było by to naprawdę bardzo trudne zadanie. U nas zaszczytną misję złożenia domu strachu miał mąż, Tomek mu towarzyszył, przyglądał się, czasami podawał elementy jednak była to zbyt żmudna robota dla Maluszka. U nas prace konstrukcyjno-budowlane trwały dwa popołudnia, a oto efekty:

Pracy było wiele, ale teraz cieszy oko naszego syna 😉

Obchodzicie Halloween w domach? opowiadacie dzieciom? a może w szkołach dzieci biorą udział w zabawach z tek okazji? Jakie jest Wasze stanowisko? Powinno być propagowane w Polsce? 
Zachęcam do podzielenia się opinią!

Zapraszam na wpisy innych blogerek w ramach drugiej odsłony projektu #Przygody z książką!

Dziecko na warsztat – podróże kosmiczne małe i duże

Wariacje kosmiczne

Dziecko na warsztat

ASTRONOMIA

Organizatorki projektu #Dziecko na warsztat postawiły przed nami ogromne wyzwanie. Sporo czasu zajęło mi wykombinowanie jak zainteresować dwulatka tak odległym i abstrakcyjnym dla niego jeszcze tematem jakim jest astronomia.
Próbowaliśmy pooglądać filmiki o kosmosie i planetach, ale nie wzbudziło to zainteresowania. Albumy i książki również przegrywały z ukochanym Kajtusiem, Maszą czy Tulletem…więc pozostało pójście śladem ulubieńców syna…Na pierwszy ogień poszła Peppa i jej podróż kosmiczna, to zdecydowanie wzbudziło zachwyt. Z obejrzenia bajki pozostało wspomnienie rakiety kosmicznej…
…więc zajęliśmy się zrobieniem swojej rakiety…w rakiecie nie mógł siedzieć nikt inny jak Peppa z bratem świnką…
Do wykonania naszej rakiety potrzebowaliśmy dużą butelkę po wodzie mineralnej, tekturkę, folię aluminiową, papier kolorowy samoprzylepny, rolkę z papieru toaletowego oraz taśmę klejącą.
Pracy nie było dużo, a radości bardzo wiele.

Jako dopełnienie tematu rakiety i podróży w kosmos układaliśmy mini puzzle znalezione w internecie:

Swego czasu gdy wracaliśmy wieczorem do mieszkania bardzo dokładnie oglądaliśmy niebo. Akurat bardzo ładnie było widać księżyc i gwiazdy. Od tego czasu bardzo intensywnie Tomek zaczął zauważać wszędzie gwiazdy i księżyce. Stało się to tematem numer 1 podczas zabaw modeliną. 
Stworzył nieskończoną ilość prac, gdzie tematem przewodnim są księżyce i gwiazdy. Nasze niebo nie jest takim zwykłym niebem, ponieważ po tym niebie jeżdżą też samochody i są domki gwiazdek, bo „gwiazdy muszą mieć dom i spać jak jest dzień”. Uświadomiło mi to jak mocno zakorzenione ma, że każdy musi mieć swój dom, swoje łóżko i swoich rodziców. Taki must have mojego syna. 
W trakcie naszych rozważań o gwiazdach i księżycach  nie mogło zabraknąć dyskusji o tym co robimy w dzień, a co w nocy. Co robi słońce, a co księżyc…które zwierzęta polują nocą, a które są aktywne tylko w dzień. Od tamtej dyskusji gdy syn zauważy, że na polu zrobiło się ciemno najważniejszym zadaniem jest sprawdzenie czy jest już księżyc i ile jest gwiazd na niebie oraz stwierdzenie, że teraz rozpoczynają polowanie sowy oraz budzą się nietoperze 😉
W uporządkowaniu dnia i nocy pomogły nam obrazki znalezione w internecie:
Idąc tym tropem wycięłam słońce, księżyc, chmurki oraz gwiazdy, przykleiliśmy oczka, rzepy i Tomek układał sobie na swojej „tablicy filcowej” swoje konfiguracje. 
Udało się przemycić  też minimalną ilość matematyki. Mianowicie na czterech gwiazdkach przykleiliśmy oczka, kolejno jedno, dwa, trzy i cztery. Pod gwiazdkami z oczkami Tomek przyczepiał odpowiednią ilość białych gwiazdek, a później dopasowywaliśmy (ale to już na podłodze) odpowiednią ilość wybranych przedmiotów. To zadanie sprawiło mu chyba najwięcej frajdy 😉
Dużo czasu poświęciliśmy na „dyskusje” o ufoludkach. Jakie mają oczy, jakie mają kolory, uszy, włosy itd td…Tomek oglądał wiele obrazków ufoludków i wybierał te, które najbardziej przypadły mu do gustu. Tutaj pomocna dla mnie okazała się bardzo teczka dwulatka „Kosmiczne Przedszkole” składająca się z zeszytu z zadaniami oraz kolorowego bloku plastycznego wypełnionego po brzegi przeróżnymi formami aktywności dla Malucha. 
Budował swojego ufoludka – przyklejał oczy, nos oraz usta.
Tworzył domek ufoludka z magicznymi drzwiami, w których po otwarciu naszym oczom ukazywał się zielony kosmita.
Przyklejał babeczki na talerz fioletowego Ufoludka.
Mój mały Picasso kolorujący z wielkim rozmachem. Akurat na zdjęciu trzyma pisak w lewej rączce, bo prawa była już bardzo zmęczona…
Przy okazji pracy nad tym warsztatem Tomek poznał nową czynność jaką jest wycinanie. Dostał swoje pierwsze nożyczki i z wielkim zaangażowaniem usiłował wycinać. Bardzo dzielnie próbował prawidłowo chwycić nożyczki i „coś” pociąć. Wyglądało to czasami bardzo ko(s)micznie. Przeważnie udawało mu się troszkę nadciąć papier, a resztę targał sobie paluszkami i duma go rozpierała gdy z jednego kawałka papieru nagle powstawały dwa. Całe szczęście przewidziałam zaangażowanie potomka w wycinanie planet i przezornie wydrukowałam dwa komplety 😉
Gdy już zakończyliśmy wycinanki przeszliśmy do przyczepiania naszych planet na „filcowej tablicy” w pokoju Malucha i efekt mu się podobał, jednak po krótkiej chwili zdecydował, że te planety nie są w jego typie i postanowił je wszystkie zdjąć,  a zostawić sobie swoje słońce, księżyc, chmurki oraz gwiazdki do liczenia. Cóż, planety będą na tzw. „zaś”.
Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie wykorzystali tematu również w naszym wspólnym pichceniu. Mieliśmy trzy desery w planach: ciasto – ufo, kosmiczne sushi oraz babeczki – latające spodki.
  • Na pierwszy ogień poszło ciasto. Przepis pochodzi ze zbiorów Anastazji Pustelnik „100 nowych ciast siostry Anastazji”. Składa się z kakaowego biszkoptu, masy budyniowej, owoców oraz kolorowej galaretki. We wnętrzu ciasta zatopione są nasze latające pojazdy kosmiczne, czyli okrągłe biszkopty sklejone warstwą powideł(to było zadanie specjalne Tomka, sprawdził się doskonale i jako pożeracz biszkoptów i jako smarowacz;)). Ciasto jest wbrew pozorom lekkie i wcale nie takie słodkie jak mogłoby się wydawać, a wszystko za sprawą biszkoptu z dużą ilością kakao. Tutaj zabawy było co niemiara, ponieważ Tomek jest fanem zajęć kuchennych i zawsze bardzo chętnie pomaga mi (albo chociaż asystuje i podaje) w gotowaniu i pieczeniu ciast. Miksowanie jest jego konikiem 😉
  • W naszym drugim pomyśle deserowo-kosmicznym również wykorzystaliśmy galaretkę, tym razem zieloną, ryż ugotowany na słodko oraz dżem porzeczkowy. Wszystko efektownie połączone w zgrabną całość i deser gotowy. Składników mało, wkład pracy w sumie też niewielki, ale jednak czas oczekiwania na zastygnięcie w kolejnych etapach dłuższy niż przy zrobieniu ciasta.
  • Latające spodki to u nas kruche babeczki wypełnione masą jabłkową i zieloną galaretką przykryte pierzynką z bitej śmietany utwardzonej i zabarwionej galaretką. Przepis łatwy i godny polecenia,  a wrażenie robi ładne na stole. Kruche ciasto jest o tyle wdzięcznym narzędziem pracy, że wyrabianie możemy poświęcić Maluchom, a one na pewno chętnie się włączą, bo przecież to dla nich nic innego jak zabawa piaskiem kinetycznym czy masami wszelakiego rodzaju.

Czas naszych kosmicznych zajęć umilały nam piosenki związane z tematem. Słuchaliśmy sobie:
Śpiewających Brzdąców „Ufoludki”, Fasolek „Zielone Ufoludki”, zespołu Kosmokwaki „Ufoludek” oraz krótkiej piosenki o tytule „Rakieta na księżyc”.

To tyle naszych około astronomicznych poczynań, było skromnie jeśli chodzi o teorie, której nawet nie liznęliśmy, ale dużo praktycznych zajęć rozwijających skupienie, nowe umiejętności oraz kreatywne tworzenie. Dla mojego syna był to czas świetnej zabawy i na pewno jeszcze nie raz powtórzymy nasze zabawy z czasem rozwijając o informacje już stricte astronomiczne.
Zachęcam do komentowania i wyrażania swoich opinii.
Warto również zajrzeć na blogi innych osób biorących udział w warsztatach, gdzie każdy znajdzie zapewne wiele inspirujących pomysłów na zapoznanie dziecka z tym kosmiczno – astronomicznym tematem! 😉

Świnka Peppa – antropomorficzna świnka – najlepsza przyjaciółka najmłodszych

Nasze gry i zabawy

z rodzinką Peppy

Rodziny świnki Peppy chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest tata – architekt, mama – Pani strażak, Peppa (jak na moje oko około 4-letnia „dziewczynka”) oraz Georg- najmłodszy w rodzinie. 
U nas ta wesoła rodzinka żyje bardzo często w domu z Lego Duplo wraz z ludzikami wiodąc dosyć harmonijne wspólne życie 😉 Jak przedstawia się podział obowiązków wg mojego syna? Mama Świnka gotuje/sprząta/czyta dzieciom bajki, tata Świnka śpi albo „robi mniami”, natomiast dzieci jak to dzieci mają różne zajęcia…akurat na zdjęciu były zajęte wieczorną toaletą… Peppa się kąpała, a Georg „robił siii”. Te gumowe figurki towarzyszą nam od Świąt Wielkanocnych, jeżdżą z nami na wycieczki, śpią z synem i zajmują bardzo mocną pozycje wśród wielu innych zabawek.
 Wraz z figurkami zajączek przyniósł w prezencie grę planszową Peppa. Jest to „planszówka”, ale nie taka typowa tekturowa, a jest to rodzaj cienkiej ceraty o wymiarach 1m x 1m po rozłożeniu na podłodze. Pola wypełnione są postaciami z bajki. Rozpoczynamy rozgrywkę z Peppą jadącą na rowerze, a naszym celem jest dotarcie do domu Świnek. Po drodze możemy trafić na zjeżdżalnie, po których zjeżdżamy w dół i w ten sposób cofamy się oraz drabiny, po których wspinamy się wyżej i szybciej mamy szanse dotrzeć do domu.
Czym gramy? Gramy pionkami – krążkami zrobionymi z twardszej pianki z podobiznami poszczególnych członków rodziny, a rzucamy kostką, która również jest „miękko-twarda” oraz duża, więc elementy gry są bezpieczne nawet dla dwulatka. 
Jedynym minusem, który chciałabym tutaj poruszyć jest śliska powierzchnia planszy do gry. Materiał, z którego jest wykonana mógłby być grubszy i od spodu podklejony żeby gra nie ślizgała się po podłodze. Mój syn najchętniej siedzi na środku podczas gry i się kręci czy chodzi po niej razem z pionkami. Przez to gra często się „zwija” i bardzo łatwo zgina, co widać na zdjęciu, że już co nie co przeszła 😉
Ciekawą pozycją na rynku wydawniczym z Peppą sa zeszyty z serii bawię się, czytam, buduję. Z czego składa się jeden zeszyt? 
Jest to kilka stron zadań i zagadek do rozwiązania dla najmłodszych, kartonowe elementy do wypchania paluszkami, które po odpowiednim zagięciu można ustawić sobie i stworzyć coś w stylu teatrzyku oraz książeczka do samodzielnego skonstruowania.

Zadania są na tyle proste, że dwulatek z satysfakcją sobie poradzi i będzie miał dużo przyjemności z użytkowania tej książeczki.

Wielu z Was zapewne zna również serię książeczek z półeczki. Co je wyróżnia? Dla nas jest to wygodna rączka, w którą zaopatrzona jest książeczka. Tomek bardzo lubi w ten sposób przenosić książeczki i mieć je często ze sobą. Ilustracje są duże, wyraźne, a tekstu jest niewiele. Są to krótkie historyjki opowiadające o przygodach ulubieńców.

Częstym gościem jest u nas też magazyn Peppa, choć co do jakości prezentów, które kuszą najmłodszych oraz treści pozostawiają wiele do życzenia. 
Lubimy również często poukładać sobie karty z naszą dzisiejszą bohaterką. Jest to szczególnie lubiana rozrywka ponieważ talia składa się z kart z podobiznami poszczególnych rodzinek z bajki. I tak możemy ułożyć m.in. rodzinę kucyków, zebr czy słoni…a tutaj to już zawsze tworzą się historyjki kto z kim się bawi, o czym rozmawiają i co lubią robić.
 Uwielbiamy puzzle…mamy całkiem sporą kolekcję już i oczywiście nie mogło zabraknąć Peppy. Syn ma szczególną zdolność wypatrywania w każdym możliwym sklepie wszystkiego co jest z Georgem i tak najczęściej wychodzimy z jakimiś nowymi puzzlami. Pierwszymi puzzlami były ramkowe, 15-elementowe i te bardzo polecam, bo są bardzo wygodne do układania i zajmują fenomenalnie mało miejsca jeśli chodzi o przechowywanie.

I jeszcze dwie propozycje puzzli. Pierwsze małe, zgrabne, wersja podróżna. Dwa obrazki, jeden łatwiejszy i drugi trudniejszy. Elementy są małe i tutaj dwulatek potrzebuje trochę pomocy. Natomiast drugie są o tyle interesujące, że mają jedną magiczną właściwość…po ułożeniu obrazka (scena z przedszkola) w pasku po prawej stronie mamy czarne punkty obok których namalowane są elementy z obrazka. Do czego to służy? do czarów…dziecko ma potrzeć paluszkiem punkt i pod wpływem ciepła pojawia się cyferka, naszym zadaniem jest znalezienie tylu przedmiotów ile wskazuje cyfra przy obrazku. Dużo zabawy i fajnie wspomaga naukę liczenia dla początkujących.

A dzięki czemu nasz syn w pewnym momencie, po dwóch latach spania z rodzicami, postanowił wyprowadzić się do swojego pokoju? nowe łóżko z kocykiem, pościelą i poduszeczką z Georgem – kosmonautą. Radości nie było końca, co więcej przez pewien czas nikt oprócz niego nie mógł siadać na łóżeczku przykrytym kocykiem z domkiem oraz rodzeństwem bawiącym się piłką. Każdej nocy towarzyszy mu również maskotka Georga, który trzyma dinozaura, a na tle poduszki z podobizną najmłodszej świnki jest ledwo widoczny na zdjęciu.


Szaleństwo peppowe trwa już długo, a kolejne odcinki bajki choć znane mu już na pamięć nadal są chętnie oglądane i niecierpliwie wyczekiwane. 
Gadżetów jest cała masa, co mają Wasze dzieci? 
Lubią Peppę i jej wesołą rodzinkę?
Zapraszam do podzielenia się swoją opinią!