„Turlututu a kuku, to ja” H. Tullet

Wydawnictwo BABARYBA

„Turlututu a kuku, to ja”

książka interaktywna 

Dużo czasu zajęło mi zanim zabrałam się do zrecenzowania tej książki…Mamy sporą kolekcję Tullet’a jednak na początku nie wzbudziły te książki żadnego entuzjazmu u Malucha…musiały swoje odleżeć, a Tomski „dorosnąć” by dać się wciągnąć interaktywnemu szalonemu czytaniu.

 

Podróż z szalonym kosmitom o wdzięcznym imieniu Turlututu rozpoczynamy od podróży statkiem kosmicznym. Dziecko musi odpalić pojazd i tak nim pokierować by zadowolić gust naszego bohatera.
Tomek prosto z gwiazd z Turlututu z prędkością światła wędruje do pokoju kosmity i pomaga mu pomalować ściany na nowy kolor. Jednak nie jest to takie proste…bo najpierw musi wymieszać dwa kolory farby by uzyskać upragniony kolor, więc miesza paluszkiem, potrząsa książką…

Potrząsa jeszcze mocniej i mocniej…to zdecydowanie bardzo ciekawa rozrywka;)

Kiedy jest już naprawdę porządnie farba wymieszana to ostatnie działania Malucha i Turlututu ma pokój pięknie wymalowany…pozostaje wysuszyć ściany, a jak to zrobić najlepiej? Oczywiście trzeba podmuchać…więc znowu zamaszyście dmuchamy, dmuchamy i na koniec sprawdzamy paluszkiem czy farba wyschła i można przejść na następną stronę…
Do jakich aktywności mobilizuje nas jeszcze autor? Pukamy do drzwi, zapalamy światło, odkrywamy przyjęcie urodzinowe niespodziankę:
Ba! nawet śpiewamy piosenkę…tzn u nas póki co ja muszę śpiewać, bo Maluch nie daje się namówić, ale radości ma wiele gdy Matka próbuje się produkować i co gorsze wcale to łatwe nie jest, więc błądzi w linii melodycznej i tekście…
Turlututu to „zbój” – jak mawia Tomek – ponieważ namawia do psikusów małych czytelników. Razem czarują i robią kawały czytającemu. 
Z 8 rozdziałów, z których składa się książka Tomek ma kilka ulubionych. Poszczególne części można czytać po kolei lub wybiórczo, wg fantazji czytelnika.

Zgadywanki: w którym pudełku ukrył się Turlututu?

Moim zdaniem Tullet jest autorem tak specyficznym i tak magicznym, że koniecznie każdy powinien go poznać…czy się każdemu spodoba nie wiem, ale myślę, że większość nowych czytelników się jednak zakocha w tych szalonych książkach i zechce poznawać więcej i więcej pozycji.
A Maluchy…gdy załapią bakcyla to już nie odpuszczą. Będziecie czytać razem, klaskać, podskakiwać, dmuchać, mieszać, klaskać, śpiewać i wypowiadać magiczne zaklęcia, ach i oczywiście śpiewać;)

Zapraszamy do lektury!

„Bardzo głodna gąsienica” Eric Carle – liczymy, układamy, bawimy się

Kolory, dni tygodnia, liczby

Bardzo głodna gąsienica

Eric Carle

Eric Carle to pisarz kultowy. To on napisał niepowtarzalne i cudownie ilustrowane książeczki dla dzieci. Wielu z Was zapewne zna je bardzo dobrze, a jeśli ktoś nie zna to zapraszam! Wasze dzieci pokochają te zgrabne książeczki idealnie pasujące do małej rączki. 
My dziś na warsztat wzięliśmy „Bardzo głodną gąsienicę”. Jest z nami już od bardzo dawna i był taki okres, że lektura ta  była obowiązkowa po kilka razy dziennie. Tomek uwielbiał wymieniać co po kolei gąsienica zjadła, opowiadać jak to bolał ją brzuch i niezmiennie wtedy wspominał też wiersz o chorym kotku, który również się przejadł i miał chory brzuch.
Jest to książeczka, którą można czytać na wiele sposobów. W internecie przerobiona jest na wszystkie strony świata i można zaczerpnąć wiele świetnych pomysłów na wspólne zabawy z gąsienicą w roli głównej.

 

„Nocą, w świetle księżyca leżało na liściu maleńkie jajeczko…” to początek historii gąsienicy, której rozwój śledzimy od początku do końca. Maluch dowiaduje się, że z jajeczka wykluwa się gąsienica, która rośnie, by potem zamieszkać w bezpiecznym domku – kokonie – a w efekcie przemienić się w pięknego motyla.
By urozmaicić sobie czytanie książki pobraliśmy z internetu gotowy szablon kolorowych owoców i jedzonek, podkleiliśmy tekturką oraz powycinaliśmy(gdyby ktoś był zainteresowany szablonem proszę o pozostawienie adresu mejlowego w komentarzu i wyśle gotowy obrazek do druku). Kolejnym naszym krokiem było stworzenie gąsienicy z rolki po papierze toaletowym, którą Tomek z zadowoleniem pomalował zieloną farbą, przykleił „pysia” z dziurką w miejscu ust i dokleił czułki. Do tego jeszcze wydrukowane dni tygodnia i wstęp do zabawy gotowy:)
Gąsienica, którą Tomek karmi.
Rozpoczęliśmy wspólne czytanie – ćwicząc aktywne słuchanie. Tomek słysząc kolejne zdania historii układał właściwe elementy. 
Kolejno dokładał właściwe elementy. Jego zadaniem było wyszukanie odpowiedniego obrazka i położenie w dobrym miejscu. Powstała nam graficzna ilustracja bajki.
W poniedziałek – 1 jabłko;
we wtorek – 2 gruszki;
w środę – 3 śliwki;
w czwartek – 4 truskawki;
w piątek – 5 pomarańczy.
W sobotę gąsienica zjadła bardzo dużo różnych smakołyków, od których rozbolał ją brzuszek. Jednak po kuracji naturalnej(w niedzielę przegryzła się przez listek) wyrosła na bardzo dużą i tłustą gąsienicę. Zbudowała sobie kokon , z którego po kilku dniach wyszła i przemieniła się w pięknego motyla.
Jest to świetna okazja do nauki dni tygodnia, przez powtórki i układanie Maluch ma szanse zapamiętywać kolejne dni tygodnia oraz ćwiczyć liczenie do pięciu. Dzięki takiemu graficznemu przedstawieniu łatwej uzmysłowić mu sobie wartość kolejnych cyferek i widzi jak wartości rosną. 
Tomski układał gąsienice również od najmniejszej do największej i tak mu zostało…teraz wszystko najpierw układa wg wielkości, a później dopiero przechodzimy do dalszej zabawy;)
Głośno liczymy układając poszczególne owoce na obrazkach w książce. Przy okazji omawiając kształty i kolory owoców:
Dzięki tej sympatycznej gąsienicy możemy także zachęcić dzieci do wypróbowania jedzonek z książeczki. Zaprosić do poznania zapachów i smaków wszystkich rarytasów, które zjada ze smakiem nasza bohaterka. 
Tomski niestety nie dał się skusić na wypróbowanie wszystkich smakołyków, ale choć podotykał, powąchał i zadecydował, co spróbuje, a co nie.
Największą frajdę sprawia karmienie gąsienicy!
Zapraszamy do wspólnej zabawy!

#Przygody z książką „Dobry Dinozaur”

Dinusiowe szaleństwo

„Dobry Dinozaur” – film + dodatki

Od około trzech miesięcy mamy w domu małe szaleństwo…Światem Tomskiego zawładnął Arlo – mały apatozaur oraz Bąbel – ludzki chłopiec. Miłość rozpoczęła się od przypadkowo obejrzanego zwiastuna filmu. Pooglądaliśmy kilka filmików, zapoznaliśmy się z historią i przepadliśmy wszyscy.

Historia jest prosta: poznajemy rodzinę dinozaurów, w której wykluwają się na naszych oczach trzy maluchy. Nasz bohater jest najbardziej nieporadny, wystraszony i najmniejszy. Bardzo zależy mu by zyskać w oczach ojca aprobatę i jego celem staje się pokonanie szkodnika, który wyjada im zapasy…jednak nie jest to wszystko dla niego takie proste…ze względu na splot wielu nieszczęśliwych wypadków Arlo nagle odnajduje się daleko od domu. Teraz jego celem jest znalezienie drogi powrotnej i pokonanie własnego strachu. Nieodzownym towarzyszem podróży, dzięki któremu w wielu sytuacjach udaje mu się przeżyć, staje się Bąbel – chłopiec poruszający się na czworaka, zachowujący się raczej jak piesek.
Role w filmie są odwrócone. Poznajemy uczłowieczonego dinozaura i nieokrzesanego pupila, który jest nauczycielem i przewodnikiem. Oglądamy historię o przyjaźni, o miłości, wartości rodziny. Uczymy się jak pokonywać własne słabości oraz walczyć ze swoimi lękami. 
Historia jest prosta, by nie rzec, że banalna…ale urzeka od pierwszych kadrów. Dorośli widzowie mogą odnieść wrażenie, że jest to poniekąd „dinozaurowa” wersja Króla Lwa. Wyszukanego poczucia humoru dorosły widz tutaj również nie znajdzie, ale historię poprowadzoną wzorowo, „od linijki”. Dla najmłodszych jest to piękna lekcja na temat przyjaźni, akcja toczy się liniowo, nie ma niesamowitych zwrotów akcji, kilku historii toczących się równorzędnie. Mój ponad dwuletni syn po obejrzeniu filmu natychmiast zapamiętał fabułę i z przejęciem nałogowo ją opowiada. 
W mojej ocenie w filmie występują trzy sceny cięższe, budzące niepokój, ale po rozmowie i wytłumaczeniu zostały zaakceptowane i zrozumiane. 
Film jest bardzo dobrze zrobiony, Pixar nie zawiódł, ale też nie powalił na kolana (przyrównując np. do „W głowie się nie mieści”). Na pewno znajdzie się wielu, których rozczaruje banalność…nas uwiodły piękne obrazy i estetyka. 
Co ten film ma wspólnego z projektem „Przygody z książką”? Otóż rozpoczął manię zbierania wszystkiego, co związane z animacją. Pierwszym naszym zakupem był album do wyklejania.Tomek z wielkim skupieniem i uwagą wkleja kolejne naklejki, sprawdza ile jeszcze brakuje i nie zapomina nigdy przypomnieć, że należy kupić kolejne opakowanie;)
W albumie oprócz kadrów z filmu możemy przeczytać całą historię. My ją analizujemy codziennie po kilka razy i właściwie Maluch nie wypuszcza go z rąk, przez co jest już nieco sfatygowany(właśnie myślimy nad wzmocnieniem konstrukcji całości). 

Drugi gadżet Tomek znalazł pod choinką. Jest to zestaw filmowy – trzy książeczki zapakowane w uroczej teczce w skład czego wchodzi książeczka z naklejkami, książeczka z figurkami z tektury oraz kolorowanki z zadaniami i zagadkami do rozwiązania.

W pakiecie z prezentem Tomek dostał też karty „Czarnego Piotrusia” z tytułowym bohaterem. Gramy namiętnie codziennie. Co prawda kart jeszcze Tomek nie potrafi trzymać w rączce, ale z chęcią losuje karty ode mnie, a swoje ma ładnie ułożone i z zapałem wyszukuje pary.

http://sklep.trefl.com/pl/the-good-dinosaur-gra-piotrus.html
Nie mogło u nas również zabraknąć figurek tytułowych bohaterów. Bąbel i Arlo towarzyszą Tomkowi we wszystkich czynnościach. Bąbel jest małym chłopcem z ogromnymi oczami i ruszającą się „paszczą”. Jaszczurka oraz ptaszek byli w komplecie z Bąblem stąd zyskali w oczach Tomka, choć w filmie nie odgrywają żadnych istotniejszych roli. Jeśli chodzi o postać Arla z pomocą przyszła nam kolekcja DeAgostini. Od dłuższego czasu kolekcjonujemy serię „Dinozaury i przyjaciele” i akurat gdy wybuchła miłość do animacji przyszła przesyłka z rodziną apatozaurów. Gdy Maluszek zobaczył zawartość od razu ochrzcił ich imionami filmowych bohaterów;)
W kolejnym wpisie chciałabym kontynuować temat dinozaurów i bliżej przedstawić kolekcję DeAgostini, więc zapraszam serdecznie do śledzenia naszych postów. 

#Przygody z książką 5…Szary domek

„Szary domek”

Katarzyna Szestak

Ilustrowała: Natalia Jabłońska

Skąd u nas „Szary domek”? Na wyraźne życzenie Tomskiego…standardowe zakupy, nagle on zauważa na półce książkę i koniec kropka jest jego. Fakt, że raz już ją przeglądałam i wrażenie na mnie zrobiła spore, ale w ramach „zdroworozsądkowego” podejścia postanowiłam, że dosyć już grudniowych prezentów i zakupów. Nie wyszło…trzeba było kupić i dawno się już tak nie cieszyłam razem z Maluchem z tej samej książki 🙂
Zaskoczona jestem szalenie magią tej książki. Mój ciągle ruszający się dwulatek, który czytanie lubi, ale tak długich tekstów jeszcze nie słuchał przy tej pozycji siedzi jak zaczarowany i słucha…chłonie…analizuje i dopytuje…nie wspomnę już o ilustracjach, które z uwagą analizuje.

Jest to opowieść o poszukiwaniu przyjaźni, o samotności, o pięknie świata, o miłości, o marzeniach, o poszukiwaniu szczęścia…wiem, brzmi patetycznie i powiecie, że przesadzam…ale to wszystko prawda.
W pięknym, kolorowym Herbatkowym Miastku jedna ulica różni się od pozostałych. Jest to ulica Wietrzna, na której urządził się tylko wiatr. Nagle pewnego lipcowego popołudnia po gwałtownej burzy na końcu ulicy pojawia się domek. Szary domek z dziwacznym, krzywym i spiczastym dachem jak kapelusz czarownicy…
Wiatr postanawia przyjrzeć się domkowi bliżej i tutaj zaczyna się nasza historia…poznajemy wzruszającą opowieść powstającej przyjaźni.
Wiatr odkrywa piękno małego szarego domku – podziwiamy jego wnętrze, poznajemy jego marzenia, smutki i nadzieje.  Wiatr staje się oddanym przyjacielem i pomaga w spełnianiu marzeń, staje się przewodnikiem. Jest to tak poruszająca, wzruszająca i głęboka opowieść o istocie naszego istnienia, że nie wyobrażam sobie żeby jej nie czytać. Pokrzepia dorosłych i dzieci. Choć…chyba nawet bardziej dorosłych. Z każdym zdaniem odkrywamy drugie dno tej historii.
Każdy powie, że niełatwo jest spełniać swoje marzenia i droga do celu często jest trudna i wyboista, ale gdy mamy przyjaciół wszystko staje się łatwiejsze. Dzięki magii przyjaźni jesteśmy w stanie przenosić góry i o tym właśnie przypomina nam ta książka.

Na uwagę zasługują ilustracje. Są zachwycające, przyciągające naszą uwagę i wyzwalają w nas chęć patrzenia dłużej i bardziej. Ten ciepły, poetycki tekst został oprawiony w cudowne ilustracje, które dopełniają całość.

Więcej o treści pisać nie będę, mam nadzieję, że troszkę Was zaintrygowałam i nabraliście ochoty na poznanie tej historii. Ja ze swojej strony bardzo polecam dla małych, dużych i tych największych…gdyż jest to wzruszająca opowieść, w której każdy odnajdzie coś dla siebie, a i przypomni sobie o tym, co najważniejsze w naszym życiu.

*Kilka słów o autorkach:

  • Katarzyna Szestak – mieszkanka Żor, ma 35 lat, mama sześcioletniego syna. (…) Fascynuje ją sztuka realizmu magicznego i od zawsze towarzyszy jej przekonanie, że przedmioty myślą, zabawki mówią, kiedy nikt nie słyszy, a domy opuszczone tęsknią. (…) Opowieść o Szarym Domku jest jednocześnie wyrazem przywiązania autorki do domu jako najważniejszego miejsca na świecie.
  • Natalia Jabłońska – pochodzi ze Stalowej Woli. ma 22 lata i jest studentką krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki, na wydziale Grafiki. (…) Tworzy ilustracje pełne wrażliwości, koloru, zabawnych kształtów, które pobudzają wyobraźnię(…). Jej umiejętność patrzenia głębiej, dostrzegania pozornie nieciekawych elementów, w zetknięciu z wyobraźnią, budują nową baśniowa rzeczywistość.
*cytat z okładki książki
Obie Panie są laureatkami konkursu „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”. Patronem honorowym konkursu jest Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak. 
Inicjatorem konkursu był właściciel sieci sklepów Biedronka, Jeronimo Martins Polska S.A. Celem konkursu było rozpowszechnianie wśród najmłodszych czytelników zamiłowania do książek. 
Opowieść została wybrana spośród czterech tysięcy nadesłanych tekstów. Natomiast ilustracje zostały wybrane spośród tysiąca nadesłanych prac.

#Przygody z książką 4…Gdzie jest pingwin? + lapbook

„Gdzie jest pingwin?”

wyd. IUVI

Nasz pierwszy lapbook – pingwiny

Po krótkim zastanowieniu wybraliśmy na dziś książkę do wyszukiwania niesfornych pingwinów. Temat pingwinów stał się obiektem naszych zainteresowań niedawno, a tym samym tytułowa książka wróciła do łask i stała się częściej oglądana.
„Gdzie jest pingwin?” to pozycja dla wielbicieli wytężania wzroku i małych detektywów. Naszym zadaniem jest śledzenie rodziny pingwinów – uciekinierów. Ta wesoła dziesiątka uciekła z ZOO i postanowiła wrócić „do siebie”, na Antarktydę. Po drodze zatrzymują się w wielu ciekawych miejscach…
My bardzo lubimy czytać opisy poszczególnych członków rodziny. Ulubieńcem Malucha jest Dzidzia i Gwiazdor, lubiący być zawsze  w centrum zainteresowania.

Przygodę rozpoczynamy od stron prezentujących ucieczkę z ZOO. To chyba najchętniej maglowane dwie strony u nas. Analiza tych stron nie kończy się na wyszukaniu tytułowych bohaterów, ale na przeanalizowaniu każdego zwierzątka i opowiedzeniu co kto gdzie robi…czasami trwa to na tyle długo, że musimy zrobić przerwę przed kolejnymi stronami.


Pingwiny zwiedzają 15 różnych miejsc. Przygodę rozpoczynają od centrum handlowego, w którym każdy z nich znajduje coś ciekawego. Ich misją jest zrobienie zakupów na dalsza drogę, ale przecież to tak fascynujące miejsce…

Do dyspozycji mamy 17 miejsc, które bohaterowie odwiedzają m.in. jezioro, gdzie odpoczywają po emocjach poprzednich dni ponieważ byli uczestnikami balu przebierańców i zwiedzali dom strachów. Na torze gokartowym świętują urodziny, natomiast na obiad wybierają się do najlepszej restauracji w mieście.

 Pingwiny biorą również udział w balu karnawałowym,zwiedzają pustynię, pluskają się na basenie, a nawet spełnia się marzenie Gwiazdora i mają okazję posłuchać koncertu z muzyką poważną na żywo.

W  deszczowe dni pingwiny zabawiają się w kręgielni i muzeum. A jakby emocji było mało nurkują w przestworzach oceanu i latają wysoko w powietrzu..tak wysoko, że na skutek pomyłki lądują w przestrzeni kosmicznej. Wyszukiwanie pingwinów wśród ufoludków jest nie lada wyzwaniem…
Końcowa strona to przywitanie na Antarktydzie…i tutaj to już obłęd 😉 wśród wielu pingwinów musimy odnaleźć 10 naszych tytułowych bohaterów i ich rozpoznać.
Może zechcecie się pobawić z nami i wyszukacie członków naszej rodzinki?
Dla zniecierpliwionych na końcu książki znajdziemy podpowiedzi i musimy zdradzić, że sami korzystaliśmy ze ściągawki gdy nasza frustracja niebezpiecznie wzrastała;)
Dla kogo ta książka? Dla tych wszystkich, którzy są fanami słynnego Mamoko i lubią spędzać czas na wytężaniu wzroku. Miło spędzą czas i młodsi i starsi, a obiecuję Wam, że rodzice przy tej pozycji się też nudzić nie będą. 
Książka jest bardzo ładnie wydana, jest to duży format, w twardej oprawie, miejscami okładka jest lakierowana, co też może stanowić atrakcję dla najmłodszych czytelników. Natomiast strony wewnątrz są wykonane z grubszego papieru i na pewno przez to trwalsze przy częstym kartkowaniu.
Zainteresowanie pingwinami musieliśmy wykorzystać i powstał pomysł na wykonanie lapbooka. Rozpoczęłam poszukiwanie informacji na temat pingwinów w internecie i natrafiłam na materiały wykonane przez jedną z mam prowadzącą arcyciekawego bloga Raaany Julek!. Autorka bloga udostępnia za darmo wiele ciekawych materiałów i pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi. Pozwoliłam sobie ściągnąć te materiały i tak o to rozpoczęła się nasza przygoda…
Wycinania było co niemiara, ale radości z tworzenia chyba jeszcze więcej. Maluch dzielnie pomagał w czym tylko mógł i spędził naprawdę wiele czasu w skupieniu na swojej pracy. 
Dzielnie kolorował, smarował klejem poszczególne elementy i przyklejał w wyznaczonych miejscach.
Wnętrze prezentuje się następująco:

 Co znajdziemy w środku?
– książeczkę z różnymi aktywnościami pingwinów; przeglądamy, a Maluch opowiada, że pingwin jeździ na łyżwach, czyta, siedzi, trzyma balony, słucha muzyki, myje się, pływa, pije itd.

– druga kieszonka to kolory; postaci pingwinów z różnokolorowymi koszyczkami na brzuszkach – pomaga nam to w powtarzaniu kolorów, a do tego łączymy zabawę z rybkami z koszyczka z okładki. Dopasowujemy kolor rybki z odpowiednim kolorem koszyka pingwina.

– cyfry – pingwiny z cyframi, u nas to od 1-5, na razie skupiamy się na powtarzaniu tylko tych. Układamy w kolejności, ćwiczymy paluszkiem pisanie po obrysie, a także dopasowujemy odpowiednią liczbę klocków czy kapsli. 

– taki duży taki mały – układanka od najmniejszego do największego.
– kształty – to ulubiona kieszonka, nasze własnoręcznie wykonane pingwiny w kształcie serca, kwadratu, koła i prostokąta mają swój pokraczny urok i chyba najbardziej są też „znoszone”, ponieważ uczestniczą w wielu aktywnościach Tomka, a nawet z nim spały…

– przedostatnia kieszonka to garść teorii na temat pingwinów. Dowiadujemy się między innymi gdzie  mieszkają, co jedzą, w jaki sposób się poruszają oraz że wykluwają się z jaja.

– na okładce jeszcze przykleiliśmy oddzielną przegródkę z obrazkami pingwinów, gdzie na poszczególnych karteczkach Tomek kolorował kolejne części ciała naszych małych przyjaciół. 
 – ostatnia przegroda to kto lubi czarny i biały? – czyli zwierzęta, które występują własnie w tych barwach, a tam m.in. skunks, sroka, orka, kot, panda czy nasz tytułowy pingwin.
Całość wygląda naprawdę imponująco i nie ma człowieka, który by nie wszedł do naszego mieszkania i nie został „poczęstowany” dziełem. Tomek jest zafascynowany i często wraca do zabawy. Bardzo serdecznie polecam taki sposób na naukę. Daje dużo satysfakcji dziecku i dorosłemu. My na pewno na tym jednym nie spoczniemy i już mamy kilka pomysłów na nowy lapbook.

Tyle u nas z okazji 4 wpisu w ramach „Przygód z książką”. Polecam wpisy innych uczestników projektu!