#Grajmy! Gigantyczna kanapka

http://mamajanka.blogspot.com/2016/02/grajmy.html

Melissa and Doug

Kanapka

Ta gra to prawdziwy hit. Jedna zabawka dająca bardzo wiele możliwości. Jest u nas już ponad rok, albo i dłużej. 
http://edukatorek.pl/gry/2450-kanapka-gra-10w1-md-13061-melissa-and-doug.html

W zestawie znajdują się 4 kromki chleba z otworem na dłoń, dwa pomidory, dwa ogórki, dwa plastry szynki, dwa liście sałaty, dwa plastry sera żółtego, dwa „plastry” masła i coś fioletowego, co u nas spełnia umowną rolę marmolady;) dodatkowo 20 kart propozycji ułożenia kanapki. Do gry dołożona jest instrukcja w języku angielskim z 10 propozycjami gier.

Elementy gry wykonane są z filcu w ładnych, wyraźnych kolorach. Każdy składnik jest sporych rozmiarów, dlatego też bez problemu mogą bawić się młodsze dzieci. Rzepy dzięki, którym nasza kanapka jest spójna dobrze trzymają, ale też spokojnie półtoraroczne dziecko poradzi sobie z rozszczepieniem elementów.

Możliwości zabawy jest bardzo wiele. Można układać wg wzoru z karty,  możemy układać na czas, możemy komponować nasze ulubione kanapki. Budujemy też kanapki „z błędem” do odnalezienia. Pomaga nam też ćwiczyć pamięć, Tomski zapamiętuje wzór wylosowanej karty i układa kompozycję z pamięci.

My zaczynaliśmy naszą przygodę z tą nietypową grą od rozpoznawania poszczególnych składników, nazywania ich oraz określania podstawowych właściwości. Świetnie nadaje się też do nauki kolorów.
Zawody: rzucanie do celu, który z graczy zbuduje kanapkę z większą ilością składników.
Tomek ma na rączce założoną kromkę, składniki rozłożone są na podłodze. Ja opisuję składnik, który mam na myśli,  a Maluch odgaduje, co mam na myśli i  je „łapie” na swoją kanapkę.
Ćwiczenie równowagi, pokonywanie przeszkód.
Zadaniem dziecka jest odnalezienie karty wg której została ułożona kanapka.
Czy warto zainwestować? Oczywiście, będzie to świetna zabawa dla amatorów kanapek oraz dla niejadków (może dzięki takiej zabawie, któryś mały niejadek przekona się do spróbowania nowych smaków?). Jak wyżej wspominałam instrukcja jest w języku angielskim, jednak napisana jest w bardzo przystępny sposób, a dodatkowo dołączone są bardzo czytelne ilustracje z propozycjami zabaw.
Zachęcamy do wspólnej zabawy!

Ciecz nienewtonowska – świetna zabawa dla każdego

Fizyka dla najmłodszych

Ciecz nienewtonowska

Brudzimy się

Każdego Malucha interesuje świat, z wiekiem zadają coraz więcej pytań i domagają się coraz to ciekawszych zajęć. Co więcej i rodzice potrzebują nowych pomysłów na wspólne spędzanie czasu żeby równie dużo przyjemności czerpać z zabawy.
U nas popularne są zabawy różnymi masami, Tomek bardzo lubi odkrywać nowe konsystencje i badać wszystko swoimi łapkami. Długo zabieraliśmy się za przygotowanie cieszy nienewtonowskiej, ale gdy już raz spróbowaliśmy to bawiliśmy się w ten sposób już kilka razy. 

Czym jest ciecz nienewtonowska?
Ciecz ta pod wpływem nacisku zmienia swoje właściwości. Najczęściej zmienia się jej twardość. Jeśli przygotujemy odpowiednio dużo cieczy możemy nawet sprawdzić, że da się po niej chodzić. Należy jedynie pamiętać o odpowiedniej sile nacisku i szybkości poruszania się.
Jak wykonać ciecz nienewtonowską?
Przygotowanie jest banalnie proste. Potrzebujemy tylko dwóch składników oraz miski lub baseniku. Do miski wsypujemy mąkę ziemniaczaną i dolewamy wody. W trakcie dolewania wody cały czas mieszamy aż do momenty gdy nasza masa będzie miała konsystencję gęstej farby. Proporcje uzależnione są od ilości jaką chcemy uzyskać. 

Zabawa jest przednia. Gdy naciskamy ciesz staje się bardzo twarda, nie do ruszenia, natomiast gdy uda nam się nabrać na dłoń staje się coraz to bardziej płynna. Można ją przelewać, miętosić, ugniatać, próbować mieszać. Jest to świetne ćwiczenie dla małych rączek i dostarcza nam wielu doznań sensorycznych.

Sprzątanie również nie jest trudne…stosunkowo 😉 wystarczy trochę cierpliwości i przy pomocy dzieciaków nadal się bawiąc można posprzątać. My wykorzystywaliśmy szufelkę do nabierania cieczy znajdującej się na podłodze.
Zapraszamy do wspólnej zabawy!

Blisko(s)twory…podsumowanie ostatnich 3 tygodni

Co piątek dostajemy na skrzynkę pakiet materiałów do wykorzystania w zabawach z dziećmi. Blisko(s)twory bardzo pozytywnie nas motywują i pobudzają do kreatywnych działań. Dziś nadszedł czas na podsumowanie ostatnich trzech tygodni. Oto kilka zajawek z naszych poczynań:
I. Drzewo genealogiczne naszej rodziny: świetny sposób na wykonanie, czyli odbijamy dłonie pomalowane farbami, dorysowujemy pień i wklejamy zdjęcia naszych bliskich. proste i efektowne.

 II. Portret naszej rodziny:

Jestem pod wrażeniem naszych fryzur i oddania wszystkich istotnych szczegółów. Tata ma brodę, ciocia ma zawsze różowe usta, babcia ma żółte włosy (bo jest blondynką), a dziadek ma największy uśmiech, bo zawsze się do Tomka uśmiecha. Braciszek Leon i wujek mają oboje rude włosy i są obok siebie. Tylko ja mam jakąś specyficzna fryzurę..muszę się zastanowić nad tym jak widzi mnie mój syn;)

III. Tomek odrysował swoje ciało porównując sylwetkę ze zdjęciami ze swojej pierwszej encyklopedii „Ciało człowieka”
Tomski bawił się również w stylistę.

Ostatnim etapem zabawy było malowanie wnętrzności, Tomek jest bardzo zainteresowany procesem trawienia, więc z aptekarską dokładnością rysował drogę jedzonka. 

IV. Podczas naszych zabaw wyszliśmy też w teren. Rozpoczęliśmy od malowania kwiatów. Było puszczanie baniek mydlanych, poszukiwanie skarbów w piaskownicy oraz pokonywanie przeszkód na placu zabaw.

V. Ostatni tydzień opisywanych zmagań minął pod hasłem „pobrudźmy się!” 😉 
My wybraliśmy piankę do golenia plus kolorowe farbki. Było mieszanie kolorów, malowanie powstałą masą oraz rzeźbienie w piance, czyli masa doznań sensorycznych.

Zdecydowanie największa frajda to malowanie dłońmi…a nawet całymi rączkami…

…nawet łokcie i przedramiona brały udział w zabawie…

Na koniec było malowanie pędzli. Tomski użył swoich ulubionych kolorów. 
Póki co to tyle naszych zabaw. Z niecierpliwością czekamy na kolejne zadania do wykonania. Nasz „Blisko(s)tworowy album rodzinny” się rozrasta i będzie świetną pamiątką dla nas, rodziców, ale i dla Tomka gdy dorośnie. Będzie miał wspaniałą porcję wspomnień.

Na temat projektu pisałam już tu i tu.

Zapraszam do wspólnej zabawy!

#dziecko na warsztat…zwierzomania

#dziecko na warsztat…zwierzęta

Zwierzomania


Kolejny miesiąc minął niepostrzeżenie. W maju byliśmy skupieni na zabawach ze zwierzątkami w roli głównej. Do tematu podeszliśmy bardzo spontanicznie, bez konkretnego planu, a jednak wyszło nam kilka ciekawych zajęć. 
U nas w domu zwierzątka królują od bardzo dawna. Fascynacja Tomka rozpoczęła się gdy miał pół roku i dostał pierwszą przesyłkę z kolekcji DeAgostini pt.: „Przyjaciele z Lasu”. Tata niedźwiedź oraz wiewiórka Rudzia – figurki, które były pierwszymi w serii, skradły jego serce na tyle, że prenumerujemy książeczki wraz z figurkami do dziś i jak widać na zdjęciu powyżej jest już tego całkiem sporo.


Każda przesyłka to dwie książeczki tematyczne oraz dwie figurki zwierząt lub elementów potrzebnych do zbudowania lasu. Tomski ma już sporą kolekcje drzew, leśniczówkę, ul, paśnik, budkę obserwacyjną oraz traktor z przyczepą do przewożenia drewna. Nasza kolekcja liczy już ponad 60 numerów i trwa prawie dwa lata.
Prawdziwą skarbnicą wiedzy są dołączone książki, które wydane w twardej oprawie z bardzo przyjemnymi ilustracjami cieszą oko i uczą. Podzielone są na pięć kategorii:
– mieszkam w lesie;
– mieszkam blisko lasu;
– rośliny leśne;
– sekrety lasu;
– chronimy las.
Każda zawiera solidną dawkę informacji na wybrany temat. Poznajemy ciekawostki, naturalne środowiska zwierząt, budowę ich ciała, sposób odżywiania itd,  a na końcu zawsze mamy do przeczytania dwie krótkie bajeczki – umilaczki.

W rozmowach na temat leśnego życia zwierząt nie tylko pomagają nam książeczki z kolekcji, ale również zdobytą wiedz utrwalamy oglądając znakomitą publikację z zeszłego roku, czyli „Rok w lesie”.
Ta piękna, kolorowa z fantastycznymi ilustracjami kartonówka (autorstwa Emilii Dziubak) zawładnęła naszymi sercami już dawno temu, pokazać jej na blogu jeszcze nie było okazji, a jest to prawdziwy skarb dziecięcej biblioteczki. 
Jest to dwanaście rozkładówek, na których obserwujemy życie w lesie na przestrzeni kolejnych miesięcy. Zawsze pierwszym krokiem podczas oglądania jest przypomnienie sobie wszystkich bohaterów i wybór, którego tym razem będziemy „śledzić”. To nasza ulubiona forma zabawy z tą książką. Tomek najczęściej wybiera szopa pracza, ot taka sympatia:)

Tomek bardzo lubi wszelkiego rodzaju puzzle i dopasowanki, dlatego w tym miesiącu postawiliśmy na takie właśnie zabawy. Poszperałam w internecie i znalazłam kilka ciekawych propozycji. 
Na pierwszy ogień poszło memo „tekstury”. Wydrukowaliśmy zdjęcia zwierząt oraz do kompletu fragmenty ich sierści/skóry/piór. 
Zabawę rozpoczęliśmy od omówienia sobie poszczególnych zdjęć. Rozmawialiśmy w jakich środowiskach żyją (czy w wodzie/na lądzie/w powietrzu), jak się poruszają (latają/pływają/chodzą/pełzają) oraz co lubią jeść.  W pierwszej kolejności dopasowaliśmy obrazki, kolejną zabawą była gra jak w klasyczne memory – poprzez losowanie obrazków i zbieranie par, a na końcu Tomek losował zdjęcie tekstury i jego zadaniem było opowiedzenie jakie to zwierzątko, gdzie żyje, jak się porusza oraz czym się żywi.
Docelowo z obrazków miała powstać mini książeczka do wyszukiwania właściwych par, ale póki co obrazki są cały czas  w użyciu przez co są niedostępne do dalszej obróbki;) 
Pobawiliśmy się też troszkę „matematycznie”:
– ćwiczymy liczenie do 5. Tomski układał odpowiednią ilość zwierzątek w okienkach.

– puzzle matematyczne – z rodziną świnek liczyliśmy do 10;

 – wyszukiwanie takich samych obrazków wg polecenia: 3 – wieloryby, 2 – żółwie itd. Tomek dla ułatwienia kolorował sobie wybranym kolorem zwierzątka i w ten sposób oznaczał takie same.

– wykorzystaliśmy też nasze filcowe figury geometryczne z warsztatu matematycznego. Zadanie polegało na dopasowaniu filcowej figury do kształtu na podstawie, dodatkowo dołożeniu zwierzątka w odpowiednim kształcie oraz na końcu Tomski musiał zaprezentować odgłos, który wydaje z siebie poszczególny zwierzak;
– szukanie cienia – test na spostrzegawczość(Tomek nie omieszkał przy każdej dopasowanej parze również wydawać z siebie odgłosy charakterystyczne dla poszczególnych zwierząt);
Nie zapomnieliśmy również o ćwiczeniach dla małych paluszków. Tomski z wielkim zaangażowaniem wyklejał motylka plasteliną urywając malutkie kawałki plasteliny i rozciągając je na obrazku – świetne ćwiczenie motoryki małej.

Klamerki stały się dla nas inspirujące już jakiś czas temu. Co więcej, Maluch nadal nie do końca potrafi sobie z nimi poradzić, więc zabawa w sam raz dla niego. Wydrukowana tarcza z „jedzonkami”, główki zwierzątek i zabawa murowana. Zadanie proste: dopasować pożywienie do zwierzątka. Zabawę można dowolnie modyfikować, robiliśmy sobie np. zagadki na spostrzegawczość (jedna osoba zamyka oczy, druga wyszukuje, które zwierzaki zostały wymienione- niewłaściwie dopasowane.
Zwieńczeniem miesiąca miała być wycieczka do ZOO, ale niestety pogoda i obowiązki zawodowe pokrzyżowały nam plany. Niemniej jednak nadrobimy i chętnie się podzielimy wrażeniami z ostrawskiego ZOO, które Tomski odwiedzi już drugi raz:)
Karty pracy oraz obrazki do druku można pobrać: tu, tu, i tu
Zapraszam po więcej inspirujących wpisów:

#Przygody z książką…”Kołysanka o piersiach mamy”

Monika Calaf

„Kołysanka o piersiach mamy”

wyd. Mamania

Kolejna pozycja, która ułatwiła mojemu synowi wejść w rolę starszego brata. Pojawiła się przez przypadek, choć wcześniej już o niej słyszałam i myśl o zakupie gdzieś mi zakiełkowała. Czytając opinie w internecie na temat tej nietypowej kołysanki miałam bardzo mieszane uczucia, jedni chwalili, inni bardzo krytykowali( porównanie ilustracji z Kamasutrą przebiły wszystko;)) Jednak los sprawił, że mogliśmy się sami przekonać czy książka nam pasuje czy też nie…

A o czym to historia? O bliskości jaką daje karmienie piersią, o tym jaka wieź wytwarza się pomiędzy matką a dzieckiem od pierwszych chwil razem. My nie mieliśmy możliwości być razem od pierwszych chwil po porodzie, ale bardzo walczyliśmy o karmienie naturalne i mimo wielu trudów(przeszliśmy naprawdę wyboistą drogę) udało się. I to chyba najlepsza (póki co) z decyzji jaką podjęłam w stosunku do moich dzieci. 

Autorka nie zapomniała też o tacie: „(…)W nocy spaliśmy przytuleni, jedno obok drugiego, bliziutko taty(…)”.

Książka przeprowadza nas przez piękną opowieść o rodzicielstwie bliskości, o trudach każdego dnia razem. Pokazuje w cudowny sposób jak to każdą czynność matki potrafią wykonywać jednocześnie trzymając i karmiąc piersią swoje dziecko. Tomek bardzo lubi pytać w trakcie lektury czy my też tak robiliśmy i upewniać się, że też go nie odkładałam (co akurat było po prostu niemożliwe, bo był absolutnie nieodkładalnym dzieckiem). Pierś nie jest tylko barem mlecznym otwartym 24h na dobę, ale jest również pocieszeniem w trudnych chwilach dla dziecka, formą relaksu i odprężenia

Książka opowiada nawet o nauce jedzenia i stopniowym odstawianiu piersi,
aż do momentu gdy na dobranoc zamiast piersi mama opowiada bajkę.
 

Mnie urzekły również ilustracje, które są pięknie wykonane, przepełnione
miłością (to czułe spojrzenie matki), pewnego rodzaju zmysłowością i
czułością.

U nas ta książka ostatnio jest czytana kilka razy dziennie, prawie za każdym razem gdy karmię młodszego syna. Tomek z satysfakcją doszedł do wniosku, że on bardzo lubił pić mleczko z maminej piersiury, ale już jest duży i teraz Leon musi pić mleczko żeby też mógł tak szybko urosnąć i też być takim dużym chłopcem jak on.

Bardzo polecam dla wszystkich, którzy oczekują rodzeństwa dla swoich dzieci. U nas świetnie się sprawdziła!
Post powstał w ramach projektu: