Lornetki do wypatrywania pierwszej gwiazdki na niebie.

Pierwsza gwiazdka

Lornetki

Wigilia

uzupełnienie projektu #Dziecko na warsztat

Wigilijny dzień to bardzo trudne godziny ćwiczenia cierpliwości i wytrwałości chyba dla wszystkich dzieci…cały miesiąc oczekiwania na „Gwiazdkę”, aż tu nagle nadchodzi…jest poranek, południe i nadal trzeba czekać, bo wszystko, co najważniejsze dzieje się dopiero wieczorem. Ja z mojego dzieciństwa tak właśnie pamiętam ten czas czekania na pierwszą gwiazdkę na niebie (bez której nie można było rozpocząć Wigilii),  kolację Wigilijną, prezenty, a później wyjścia na Pasterkę. Wszystko dłużyło się niesamowicie, zabawy nie były ciekawe, bajki nas tego dnia nudziły, bo najważniejsza była ta pierwsza gwiazda na niebie…

 

Jako, że tego roku po raz pierwszy przygotowaliśmy kalendarz adwentowy i codziennie wykonywaliśmy różne zadania, które miały na celu zbliżyć nas do Świąt Tomski już bardzo czeka na ten najważniejszy dzień tego miesiąca i moment kiedy będzie mógł zajrzeć do przegródki z datą 24.grudnia, przyozdobionej piękną gwiazdą betlejemską. Został jeden dzień…aby jakoś umilić mu oczekiwanie wymyśliłam… lornetki …
Znajdzie je 24.grudnia rano i będą one miały specjalne zadanie…za ich pomocą Maluch będzie wypatrywał pierwszej gwiazdy na niebie…
Do wykonania lornetki wykorzystałam:
  • dwie rolki z papieru toaletowego;
  • kolorowy papier samoprzylepny;
  • kawałek filcu;
  • ozdobne błyszczące paski;
  • tasiemkę.
W pierwszej kolejności okleiłam rolki po papierze toaletowym żółtym papierem kolorowym(żółty to ulubiony kolor Malucha, stąd wiele rzeczy robimy żółtych;)) Następnie brzegi okleiłam paskami z czerwonego filcu, a wzdłuż rolek przykleiłam kilka niebieskich, błyszczących zdobień. Całość skleiłam mocnym klejem oraz obwiązałam rolki razem jeszcze jednym kawałkiem filcu.  Na brzegach, po wewnętrznej stronie wkleiłam tasiemkę, którą Tomek będzie mógł zawiesić na szyi.
Projekt jest bardzo prosty, ale ma poważne zadanie;) Tomski znajdzie swoje lornetki w tajemniczym worku Renifera w Wigilię z adnotacją do czego służą i jaką misję mają spełnić. Myślę, że uprzyjemnią mu oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, a pewna jestem, że na dłużej zatrzymają go przy oknie, gdzie to będzie czynił swoje obserwacje.
Wykonanie nie zajmuje wiele czasu, a może pozwoli Wam zyskać kilka chwil więcej spokojniejszego przygotowywania ostatnich potraw i mieszkań do Wigilii. 
Serdecznie polecam i zapraszam! 

#dziecko na warsztat…doświadczenia…zabawa kolorem

Bawimy się kolorami

#Dziecko na warsztat

DOŚWIADCZENIA

Ten miesiąc upłynął pod znakiem doświadczeń. Działo się dużo już od pierwszych dni i niestety nasza pierwsza przygoda okazała się fiaskiem…do ostatniego dnia z czułością opiekowaliśmy się i podlewaliśmy naszą bałwankową główkę na której miała wyrosnąć trawa. Maluch był przejęty, ja skupiona żeby wyszło…no i nie wyszło…;)
Nasz bałwanek wyglądał tak pierwszego dnia…
Niestety po 30 dniach wygląda tak samo i nic się nie zmieniło, więc nad tym musimy jeszcze popracować.
Później nadszedł czas na doświadczenia sensoryczne. Niezawodne okazały się kulki żelowe, które sprawiły wiele radości i nad nimi Maluch  potrafił spędzić wiele czasu. Rozpoczęliśmy zabawę od przygotowania kulek. Tomek dostał do wyboru kilka woreczków i rozpoczęła się zabawa. Musiał sam otworzyć sobie wybrane kuleczki, wsypać do miski i zalać wodą. Najgorszym momentem było oczywiście oczekiwanie aż kulki „napiją się” wody i urosną. Systematycznie co chwilę zaglądał, sprawdzał i w końcu mogliśmy kuleczki zabrać do zabawy. Gmerania paluszkami nie było końca. Najpierw atrakcją było same mieszanie i przesypywanie kulek(Tomek potrzebował czasu na oswojenie się z kulkami, czasami bywa nieufny wobec nowych doświadczeń zmysłowych). A później to już nie potrzebował przewodnika, tylko sam sobie wymyślał co z nimi robić. Zatapiał w nich różne figurki, łowił małym sitkiem, przesypywał, liczył…zabawa była przednia 🙂
Drugim doświadczeniem zmysłowym na jaki się skusił było zrobienie kruszonki do ciasta. Maluch uwielbia gdy razem gotujemy i pieczemy, właściwie gdy tylko wchodzę do kuchni to mam pomocnika, więc tym razem samodzielnie przygotował ciasto z moją małą pomocą. Dzielnie wsypywał składniki, rozbijał jaja, mieszał, miksował, układał owoce, a na końcu przyszedł czas na małe paluszki, które musiały wyrobić kruszonkę. Bardzo lubię jego skupioną minkę gdy tak dzielnie pracuje. Dla mnie najcięższym doświadczeniem było posprzątanie całego bałaganu, ale czego się nie robi…ech 😉
Trzecią naszą zabawą i odkryciem była pianka do golenia. 
Dotykanie pianki nie satysfakcjonowało Malucha. Jakoś pianka z sodą oczyszczoną,  z której miał nam wyjść śnieg nie spotkała się z aprobatą, więc zadziałaliśmy inaczej i piankę przenieśliśmy do miski i kilku mniejszych pojemników. Tutaj dopiero zaczęła się zabawa. Tomek dostał kakao, sypki barszcz czerwony i curry. Dosypywał sobie poszczególne składniki i mieszał. Cieszył się  z nowych barw pianki. Robił swoje czarodziejskie mikstury i z tego dopiero czerpał przyjemność. Nawet ośmielił się spróbować swojej mieszanki…jak się to skończyło nie będę opisywać, ale na parę dni daliśmy sobie spokój z eksperymentami.

Na koniec przełożyliśmy kolorową piankę do woreczka i tam sobie już malował paluszkiem „na czysto”, bez dotykania i możliwości zjedzenia;)

Po kilku dniach powróciliśmy do naszych doświadczeń i postawiliśmy na zabawę kolorami. Naszą inspiracją była książką znanego większości autora Herve Tulleta „Kolory”. Jak wiecie jest to książka specyficzna, bez akcji, bez bohaterów…a właściwie bohaterami są właśnie rzeczone kolory. Na czym polega zabawa tą książką? na maczaniu palców w kolorach i mieszkaniu ich, liczeniu, potrząsaniu książką, a nawet zamykaniem jej na chwilę czy klaskaniu. Dzięki tej pozycji rozpoczęła się nasza zabawa kolorami. Z książką szeroko otwartą przenieśliśmy teorię do praktyki. Przygotowaliśmy kartki papieru, farby i zgodnie z instrukcjami z książki mieszaliśmy barwy.

Krok po kroku mieszaliśmy kolory wg zaleceń autora.
Maluchowi się bardzo zabawa spodobała.
A to już efekt złożenia kartki i odbicie kolorów.
Zabawa trwała bardzo długo, a rysunków inspirowanych Tulletem powstało cała masa…

Czarodziejskie mleko
Od pierwszych zabaw kolorami przeszliśmy na wyższy stopień zaawansowania (przynajmniej dla nas) i zabawę przenieśliśmy do kuchni. Tutaj też skupieni byliśmy na mieszkaniu kolorów, tylko tym razem wkraplaliśmy kolory na taflę mleka. 

Maluch z wielkim zaangażowaniem i precyzją nabierał kolory i wkraplał na swój talerz. Mleko stawało się coraz to bardziej kolorowe i przez to ciekawe. 
Podczas tej zabawy kolorem dominującym był niebieski i jakoś tak najchętniej ten kolor był wybierany. Gdy już wszystkie barwy zostały wlane na mleko nadszedł czas na patyczki maczane w płynie do mycia naczyń. Tutaj to już była magia i ciągłe „WOW, mamo patrz!”
To doświadczenie zajęło nam najwięcej czasu i klika razy nalewałam mleka, bo ciągle było mu mało i musiał próbować od nowa i tworzyć coraz to nowsze kombinacje…
Kolorowy deszcz
Słoik napełniony do 3/4 wodą dopełniliśmy pianką do golenia by na wierzch naszej białej chmurki Maluch mógł wkraplać nasze rozmieszane barwniki. Wiele zachwytu wzbudziły już pomieszane piękne barwy, które powstały na wierzchu. Po chwili zauważyliśmy co dzieje się pod chmurką i teraz kucając obserwowaliśmy nasze pierwsze kolorowe krople.

Zabawa się rozkręcała, a tempo podkręcał sam Tomek, który z coraz to większą prędkością dolewał więcej i więcej barwników dla większego efektu. Na końcu stwierdził, że z naszej chmurki pada czerwony deszcz, który po wymieszaniu łyżeczką i dolaniu wszystkich rozmieszanych barwników stał się błotem do zabawy dla Georga i Peppy. Skończyło się oczywiście tym, że ukochane figurki zanurkowały w naszym „kolorowym deszczu – błotku” i potem wszystko i wszyscy byli do kąpania, nie wspominając o kuchni, która wyglądała jak po wielkim wybuchu błotnego wulkanu.
Lawa w słoiku

Swego czasu popularne były lampy z pływającymi bąbelkami w środku. Nam również udało się takie bąbelki zrobić w słoiku.
Potrzebowaliśmy słoik, olej, wodę, barwnik spożywczy oraz tabletkę musującą (my wykorzystaliśmy wapno).
Tomek do 3/4 wysokości słoika wlał olej, dolaliśmy wody, a później dodaliśmy barwnika. Małe paluszki rozkruszyły wapno i ostrożnie wsypywał do słoika. Efekt nas bardzo zaskoczył i bardzo zadowoleni oglądaliśmy nasze bąbelki.

Niebo

Ten eksperyment mieliśmy zrobić już przez dłuższy czas i w końcu się nam udało! Jest bardzo popularny w sieci i często nazywany jest galaktyką w słoiku. 
Do słoika nalaliśmy wodę zabarwioną na czerwono i z wielkim zaangażowaniem Maluszek dodał waty.
Dodał brokat, zamieszał i znowu dodał waty. Kolejnym krokiem było dolanie wody zabarwionej na zielono, znowu dosypał brokatu i wymieszał.
Gotowe niebo burzowe.

Wędrujące kolory
Tutaj musieliśmy przygotować 6 szklanek, w trzech mieliśmy zabarwioną wodę, natomiast w trzech pozostałych samą wodę. Kolejnym krokiem było przygotowanie ręczników papierowych. Tomek zwijał zawzięcie papier i układał w szklankach.

A tutaj pokazujemy etapy wędrówki kolorów:

Tyle naszych eksperymentów…Wnioski z tego warsztatu? Rozbudziły ogromną ciekawość, codziennie słyszę: „Mamo, eksperymenty?” Cieszy mnie to bardzo i na pewno będziemy kontynuować, a nasze poczynania systematycznie publikować.

Zapraszam do zapoznania się z eksperymentami u innych uczestników projektu!

Dziecko na warsztat – podróże kosmiczne małe i duże

Wariacje kosmiczne

Dziecko na warsztat

ASTRONOMIA

Organizatorki projektu #Dziecko na warsztat postawiły przed nami ogromne wyzwanie. Sporo czasu zajęło mi wykombinowanie jak zainteresować dwulatka tak odległym i abstrakcyjnym dla niego jeszcze tematem jakim jest astronomia.
Próbowaliśmy pooglądać filmiki o kosmosie i planetach, ale nie wzbudziło to zainteresowania. Albumy i książki również przegrywały z ukochanym Kajtusiem, Maszą czy Tulletem…więc pozostało pójście śladem ulubieńców syna…Na pierwszy ogień poszła Peppa i jej podróż kosmiczna, to zdecydowanie wzbudziło zachwyt. Z obejrzenia bajki pozostało wspomnienie rakiety kosmicznej…
…więc zajęliśmy się zrobieniem swojej rakiety…w rakiecie nie mógł siedzieć nikt inny jak Peppa z bratem świnką…
Do wykonania naszej rakiety potrzebowaliśmy dużą butelkę po wodzie mineralnej, tekturkę, folię aluminiową, papier kolorowy samoprzylepny, rolkę z papieru toaletowego oraz taśmę klejącą.
Pracy nie było dużo, a radości bardzo wiele.

Jako dopełnienie tematu rakiety i podróży w kosmos układaliśmy mini puzzle znalezione w internecie:

Swego czasu gdy wracaliśmy wieczorem do mieszkania bardzo dokładnie oglądaliśmy niebo. Akurat bardzo ładnie było widać księżyc i gwiazdy. Od tego czasu bardzo intensywnie Tomek zaczął zauważać wszędzie gwiazdy i księżyce. Stało się to tematem numer 1 podczas zabaw modeliną. 
Stworzył nieskończoną ilość prac, gdzie tematem przewodnim są księżyce i gwiazdy. Nasze niebo nie jest takim zwykłym niebem, ponieważ po tym niebie jeżdżą też samochody i są domki gwiazdek, bo „gwiazdy muszą mieć dom i spać jak jest dzień”. Uświadomiło mi to jak mocno zakorzenione ma, że każdy musi mieć swój dom, swoje łóżko i swoich rodziców. Taki must have mojego syna. 
W trakcie naszych rozważań o gwiazdach i księżycach  nie mogło zabraknąć dyskusji o tym co robimy w dzień, a co w nocy. Co robi słońce, a co księżyc…które zwierzęta polują nocą, a które są aktywne tylko w dzień. Od tamtej dyskusji gdy syn zauważy, że na polu zrobiło się ciemno najważniejszym zadaniem jest sprawdzenie czy jest już księżyc i ile jest gwiazd na niebie oraz stwierdzenie, że teraz rozpoczynają polowanie sowy oraz budzą się nietoperze 😉
W uporządkowaniu dnia i nocy pomogły nam obrazki znalezione w internecie:
Idąc tym tropem wycięłam słońce, księżyc, chmurki oraz gwiazdy, przykleiliśmy oczka, rzepy i Tomek układał sobie na swojej „tablicy filcowej” swoje konfiguracje. 
Udało się przemycić  też minimalną ilość matematyki. Mianowicie na czterech gwiazdkach przykleiliśmy oczka, kolejno jedno, dwa, trzy i cztery. Pod gwiazdkami z oczkami Tomek przyczepiał odpowiednią ilość białych gwiazdek, a później dopasowywaliśmy (ale to już na podłodze) odpowiednią ilość wybranych przedmiotów. To zadanie sprawiło mu chyba najwięcej frajdy 😉
Dużo czasu poświęciliśmy na „dyskusje” o ufoludkach. Jakie mają oczy, jakie mają kolory, uszy, włosy itd td…Tomek oglądał wiele obrazków ufoludków i wybierał te, które najbardziej przypadły mu do gustu. Tutaj pomocna dla mnie okazała się bardzo teczka dwulatka „Kosmiczne Przedszkole” składająca się z zeszytu z zadaniami oraz kolorowego bloku plastycznego wypełnionego po brzegi przeróżnymi formami aktywności dla Malucha. 
Budował swojego ufoludka – przyklejał oczy, nos oraz usta.
Tworzył domek ufoludka z magicznymi drzwiami, w których po otwarciu naszym oczom ukazywał się zielony kosmita.
Przyklejał babeczki na talerz fioletowego Ufoludka.
Mój mały Picasso kolorujący z wielkim rozmachem. Akurat na zdjęciu trzyma pisak w lewej rączce, bo prawa była już bardzo zmęczona…
Przy okazji pracy nad tym warsztatem Tomek poznał nową czynność jaką jest wycinanie. Dostał swoje pierwsze nożyczki i z wielkim zaangażowaniem usiłował wycinać. Bardzo dzielnie próbował prawidłowo chwycić nożyczki i „coś” pociąć. Wyglądało to czasami bardzo ko(s)micznie. Przeważnie udawało mu się troszkę nadciąć papier, a resztę targał sobie paluszkami i duma go rozpierała gdy z jednego kawałka papieru nagle powstawały dwa. Całe szczęście przewidziałam zaangażowanie potomka w wycinanie planet i przezornie wydrukowałam dwa komplety 😉
Gdy już zakończyliśmy wycinanki przeszliśmy do przyczepiania naszych planet na „filcowej tablicy” w pokoju Malucha i efekt mu się podobał, jednak po krótkiej chwili zdecydował, że te planety nie są w jego typie i postanowił je wszystkie zdjąć,  a zostawić sobie swoje słońce, księżyc, chmurki oraz gwiazdki do liczenia. Cóż, planety będą na tzw. „zaś”.
Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie wykorzystali tematu również w naszym wspólnym pichceniu. Mieliśmy trzy desery w planach: ciasto – ufo, kosmiczne sushi oraz babeczki – latające spodki.
  • Na pierwszy ogień poszło ciasto. Przepis pochodzi ze zbiorów Anastazji Pustelnik „100 nowych ciast siostry Anastazji”. Składa się z kakaowego biszkoptu, masy budyniowej, owoców oraz kolorowej galaretki. We wnętrzu ciasta zatopione są nasze latające pojazdy kosmiczne, czyli okrągłe biszkopty sklejone warstwą powideł(to było zadanie specjalne Tomka, sprawdził się doskonale i jako pożeracz biszkoptów i jako smarowacz;)). Ciasto jest wbrew pozorom lekkie i wcale nie takie słodkie jak mogłoby się wydawać, a wszystko za sprawą biszkoptu z dużą ilością kakao. Tutaj zabawy było co niemiara, ponieważ Tomek jest fanem zajęć kuchennych i zawsze bardzo chętnie pomaga mi (albo chociaż asystuje i podaje) w gotowaniu i pieczeniu ciast. Miksowanie jest jego konikiem 😉
  • W naszym drugim pomyśle deserowo-kosmicznym również wykorzystaliśmy galaretkę, tym razem zieloną, ryż ugotowany na słodko oraz dżem porzeczkowy. Wszystko efektownie połączone w zgrabną całość i deser gotowy. Składników mało, wkład pracy w sumie też niewielki, ale jednak czas oczekiwania na zastygnięcie w kolejnych etapach dłuższy niż przy zrobieniu ciasta.
  • Latające spodki to u nas kruche babeczki wypełnione masą jabłkową i zieloną galaretką przykryte pierzynką z bitej śmietany utwardzonej i zabarwionej galaretką. Przepis łatwy i godny polecenia,  a wrażenie robi ładne na stole. Kruche ciasto jest o tyle wdzięcznym narzędziem pracy, że wyrabianie możemy poświęcić Maluchom, a one na pewno chętnie się włączą, bo przecież to dla nich nic innego jak zabawa piaskiem kinetycznym czy masami wszelakiego rodzaju.

Czas naszych kosmicznych zajęć umilały nam piosenki związane z tematem. Słuchaliśmy sobie:
Śpiewających Brzdąców „Ufoludki”, Fasolek „Zielone Ufoludki”, zespołu Kosmokwaki „Ufoludek” oraz krótkiej piosenki o tytule „Rakieta na księżyc”.

To tyle naszych około astronomicznych poczynań, było skromnie jeśli chodzi o teorie, której nawet nie liznęliśmy, ale dużo praktycznych zajęć rozwijających skupienie, nowe umiejętności oraz kreatywne tworzenie. Dla mojego syna był to czas świetnej zabawy i na pewno jeszcze nie raz powtórzymy nasze zabawy z czasem rozwijając o informacje już stricte astronomiczne.
Zachęcam do komentowania i wyrażania swoich opinii.
Warto również zajrzeć na blogi innych osób biorących udział w warsztatach, gdzie każdy znajdzie zapewne wiele inspirujących pomysłów na zapoznanie dziecka z tym kosmiczno – astronomicznym tematem! 😉

Dziecko na warsztat – odsłona pierwsza…zapraszamy!

DZIECKO NA WARSZTAT

DOMOWE AKWARIUM

warsztat pierwszy – temat dowolny

Jesteśmy ogromnymi pasjonatami rybek…rybek wszelkiej maści…a właściwie syn jest, a my staliśmy się nimi niejako przy okazji;)
Podczas każdego spaceru odwiedzamy sklep zoologiczny i z uwagą oglądamy nowe rybki, żółwiki etc. Z ogromnym zaangażowaniem syn przygląda się karmieniu rybek czy czyszczeniu akwariów. 
Do własnego akwarium  – takiego prawdziwego, przymierzaliśmy się już bardzo długo, ale jakoś cały czas intensywnie nad tym myślimy czy oby na pewno podołamy 😉 Dlatego na pierwszy warsztat w projekcie było oczywiście AKWARIUM…może w ostatnim warsztacie pokażemy prawdziwe akwarium i tym sposobem spełnimy marzenie naszego Syna? hmm…czas pokaże…
Tymczasem pomysł na akwarium był prosty…z kartonowego pudełka, kolorowego papieru stworzyć podwodny świat, który zachwyci Malucha.

Oto nasze materiały:

  • karton,
  • blok tekturowy, kolorowy,
  • pędzelki,
  • farby plakatowe,
  • białe kartki papieru,
  • taśma dwustronna(moim zdaniem najłatwiejsza do obsługi przez dwulatka),
  • nożyczki,
  • brokat,
  • muszle,
  • kamienie,
  • rafia – zielona i żółta,
  • żyłka wędkarska.

Pierwszym krokiem było wyklejenie wnętrza kartonu białymi kartkami oraz pomalowanie ich niebieską farbą. Malowanie farbami jest u nas od niedawna atrakcją, więc zabawy było co niemiara a i ku mojemu miłemu zaskoczeniu dodatkowego sprzątania niewiele.

Kolejnym krokiem było nacięcie pięciu szczelin na górze pudełka, w których zawiesiliśmy nasze rybki na żyłce.  Z okładki papieru kolorowego wycięliśmy skarb, dno morza, pana syrenę oraz rekina. Wykleiliśmy tło, rekina podkleiliśmy kolorową tekturką i zawiesiliśmy na żyłce.
 

Rybki wycięliśmy z kolorowego kartonu, Maluch nakleił oczka (oczka były hitem!) oraz ozdobiliśmy brokatem. Ostatnim etapem przygotowania rybek było nawleczenie żyłek i zaczepienie u góry kartonu. dzięki tym szczelinom możemy przesuwać sobie rybki – rybki mogą pływać. Rafia u nas spełniła rolę wodorostów i odpowiednie ułożenie jej zajęło nam sporo czasu gdyż musiało być idealnie.  

 

Gdy już „trawa” była na swoim miejscu nadszedł czas na muszelki, nad którymi nie brakowało achów i ochów. Układaliśmy, przekładaliśmy, opowiadaliśmy czym się charakteryzują, co je różni, układaliśmy wg wielkości i słuchaliśmy szumu morza. To była najprzyjemniejsza część dla mnie…uwielbiam szum morza…był to moment mojego rozmarzenia 😉

W naszym akwarium zamieszkały także rekiny: tata z synem z kolekcji DeAgostini „Dinozaury i przyjaciele”:

Zabawy w akwarium nie miały końca, najwięcej radości sprawiało Maluchowi gdy dinozaur, który wykluł się nam parę dni wcześniej z jaja, o którym pisałam wcześniej tu zjadał rybki i był agresorem 😉

 

Zabawie towarzyszyła nam lektura „O rybaku i złotej rybce”.

Zapraszamy do zabawy i zachęcamy do wykonania akwarium wraz z dziećmi!
Poniżej mapa z blogami, które również biorą udział.
Klikajcie!