Świąteczne pudło sensoryczne

Zabawa światłem

Dom pełen doznań sensorycznych

Zafascynowały nas witraże świąteczne, dlatego też postanowiliśmy wykorzystać ten pomysł i troszkę go rozbudować. Powstał nam dom pełen doznań! 
Najpierw Tomek wymyślił, że będzie to standardowo dom Peppy i Georga, później Baby Jagi(ze względu na papier w cukierki, którego użyliśmy), a w końcu stanęło na tym, że zamieszkał tam pociąg Tomek…;)
Ale od początku…do stworzenia domu wykorzystaliśmy:

 

  • karton;
  • kolorowe bibuły;
  • klej;
  • taśmy;
  • papier kolorowy;
  • plastelinę;
  • kolorowy „zwierzątkowy” makaron;
  • nitkę;
  • mazaki;
  • kredki;
  • gąbki kuchenne;
  • watę;
  • folię bąbelkową;
  • lampkę.

Prace rozpoczęliśmy od wycięcia w kartonie kształtów w ścianach pudełka. Dla Tomka najważniejszych, czyli serce, koło, kwadrat, prostokąt, gwiazdę oraz księżyc. Wycinaniem zajął się Tata, bo my z Tomkiem mamy kiepskie doświadczenia z używania noża do papieru. Kolejnym krokiem było zalepienie naszych okienek kolorowymi bibułkami oraz oklejenie frontu papierem pakunkowym. Wykorzystaliśmy dwa rodzaje papieru: jeden w cukierki i drugi jasny w gwiazdki(okleiliśmy nim „taras” naszego domu).

Kolejnym krokiem było przygotowanie ozdób na domek. Tomek z wielkim zapałem wyklejał swoje ulubione figury plasteliną a później uzupełniał je kolorowym makaronem. Stworzył też makaronowy łańcuch nad drzwi. Nawleczenie drobnego makaronu wymagało od niego ogromnego skupienia i precyzji, nie obyło się bez frustracji, ale w końcu wspólnymi siłami daliśmy radę. 


Tomek z zapałem kolorował szablony piernikowych ludzików, głów Mikołaja oraz prezentów, a potem przyklejał na boczne ściany projektu.

By nadać zimowy charakter i stworzyć śnieg okleiliśmy taras domu folią bąbelkową. Nie dość, że podświetlona bardzo ładnie wyglądała i błyszczała to jeszcze Tomek bardzo chętnie jej dotykał i „rozbijał bąbelki”, a pociąg Tomek miał prawdziwe „zaspy” do pokonania na swojej trasie.
W końcu nadszedł czas na wnętrze…w środku ułożyliśmy cztery faktury: szorstką(ostra strona gąbki kuchennej), gładką(śliski papier kolorowy), miękki – puszysty (wata) oraz dodatkowo Tomek dołożył drugą gąbkę kuchenną i ułożył ją tą „delikatniejszą” stroną. Dzięki temu zyskaliśmy cztery różne podłoża do dotykania, masowania, poznawania. Sprawdzaliśmy też jak jeździ się pociągiem po różnych podłożach. 
Jak już wspomniałam wcześniej na froncie przykleiliśmy łańcuch stworzony z makaronu, Maluch bardzo chętnie przesuwał sobie makaron po nitce i wymyślał różne konfiguracje ułożenia „koralików”.

Po zapaleniu lampki i podświetleniu efekt był naprawdę satysfakcjonujący, a dla takiego pasjonata zabawy światłem jak Tomek, było wiele zachwytów i radości. Okienka pięknie nam świeciły na czerwono, biało i niebiesko, „śnieg” błyszczał w blasku lampy, a małe rączki same nie wiedziały, co pierwsze robić…czy jeździć pociągiem i pokonywać niezbadane ścieżki, czy układać koraliki, czy też „dłubać” w środku i poznawać nowe faktury. Mimo, iż pracy Maluszek włożył bardzo wiele i trwało to większość dnia to i tak końca zabawy nie było widać i zapał nie opadał. 

Polecam, wykonajcie takie domki z waszymi dziećmi i pozwólcie cieszyć się im tak różnorodnymi doznaniami!

#dziecko na warsztat…doświadczenia…zabawa kolorem

Bawimy się kolorami

#Dziecko na warsztat

DOŚWIADCZENIA

Ten miesiąc upłynął pod znakiem doświadczeń. Działo się dużo już od pierwszych dni i niestety nasza pierwsza przygoda okazała się fiaskiem…do ostatniego dnia z czułością opiekowaliśmy się i podlewaliśmy naszą bałwankową główkę na której miała wyrosnąć trawa. Maluch był przejęty, ja skupiona żeby wyszło…no i nie wyszło…;)
Nasz bałwanek wyglądał tak pierwszego dnia…
Niestety po 30 dniach wygląda tak samo i nic się nie zmieniło, więc nad tym musimy jeszcze popracować.
Później nadszedł czas na doświadczenia sensoryczne. Niezawodne okazały się kulki żelowe, które sprawiły wiele radości i nad nimi Maluch  potrafił spędzić wiele czasu. Rozpoczęliśmy zabawę od przygotowania kulek. Tomek dostał do wyboru kilka woreczków i rozpoczęła się zabawa. Musiał sam otworzyć sobie wybrane kuleczki, wsypać do miski i zalać wodą. Najgorszym momentem było oczywiście oczekiwanie aż kulki „napiją się” wody i urosną. Systematycznie co chwilę zaglądał, sprawdzał i w końcu mogliśmy kuleczki zabrać do zabawy. Gmerania paluszkami nie było końca. Najpierw atrakcją było same mieszanie i przesypywanie kulek(Tomek potrzebował czasu na oswojenie się z kulkami, czasami bywa nieufny wobec nowych doświadczeń zmysłowych). A później to już nie potrzebował przewodnika, tylko sam sobie wymyślał co z nimi robić. Zatapiał w nich różne figurki, łowił małym sitkiem, przesypywał, liczył…zabawa była przednia 🙂
Drugim doświadczeniem zmysłowym na jaki się skusił było zrobienie kruszonki do ciasta. Maluch uwielbia gdy razem gotujemy i pieczemy, właściwie gdy tylko wchodzę do kuchni to mam pomocnika, więc tym razem samodzielnie przygotował ciasto z moją małą pomocą. Dzielnie wsypywał składniki, rozbijał jaja, mieszał, miksował, układał owoce, a na końcu przyszedł czas na małe paluszki, które musiały wyrobić kruszonkę. Bardzo lubię jego skupioną minkę gdy tak dzielnie pracuje. Dla mnie najcięższym doświadczeniem było posprzątanie całego bałaganu, ale czego się nie robi…ech 😉
Trzecią naszą zabawą i odkryciem była pianka do golenia. 
Dotykanie pianki nie satysfakcjonowało Malucha. Jakoś pianka z sodą oczyszczoną,  z której miał nam wyjść śnieg nie spotkała się z aprobatą, więc zadziałaliśmy inaczej i piankę przenieśliśmy do miski i kilku mniejszych pojemników. Tutaj dopiero zaczęła się zabawa. Tomek dostał kakao, sypki barszcz czerwony i curry. Dosypywał sobie poszczególne składniki i mieszał. Cieszył się  z nowych barw pianki. Robił swoje czarodziejskie mikstury i z tego dopiero czerpał przyjemność. Nawet ośmielił się spróbować swojej mieszanki…jak się to skończyło nie będę opisywać, ale na parę dni daliśmy sobie spokój z eksperymentami.

Na koniec przełożyliśmy kolorową piankę do woreczka i tam sobie już malował paluszkiem „na czysto”, bez dotykania i możliwości zjedzenia;)

Po kilku dniach powróciliśmy do naszych doświadczeń i postawiliśmy na zabawę kolorami. Naszą inspiracją była książką znanego większości autora Herve Tulleta „Kolory”. Jak wiecie jest to książka specyficzna, bez akcji, bez bohaterów…a właściwie bohaterami są właśnie rzeczone kolory. Na czym polega zabawa tą książką? na maczaniu palców w kolorach i mieszkaniu ich, liczeniu, potrząsaniu książką, a nawet zamykaniem jej na chwilę czy klaskaniu. Dzięki tej pozycji rozpoczęła się nasza zabawa kolorami. Z książką szeroko otwartą przenieśliśmy teorię do praktyki. Przygotowaliśmy kartki papieru, farby i zgodnie z instrukcjami z książki mieszaliśmy barwy.

Krok po kroku mieszaliśmy kolory wg zaleceń autora.
Maluchowi się bardzo zabawa spodobała.
A to już efekt złożenia kartki i odbicie kolorów.
Zabawa trwała bardzo długo, a rysunków inspirowanych Tulletem powstało cała masa…

Czarodziejskie mleko
Od pierwszych zabaw kolorami przeszliśmy na wyższy stopień zaawansowania (przynajmniej dla nas) i zabawę przenieśliśmy do kuchni. Tutaj też skupieni byliśmy na mieszkaniu kolorów, tylko tym razem wkraplaliśmy kolory na taflę mleka. 

Maluch z wielkim zaangażowaniem i precyzją nabierał kolory i wkraplał na swój talerz. Mleko stawało się coraz to bardziej kolorowe i przez to ciekawe. 
Podczas tej zabawy kolorem dominującym był niebieski i jakoś tak najchętniej ten kolor był wybierany. Gdy już wszystkie barwy zostały wlane na mleko nadszedł czas na patyczki maczane w płynie do mycia naczyń. Tutaj to już była magia i ciągłe „WOW, mamo patrz!”
To doświadczenie zajęło nam najwięcej czasu i klika razy nalewałam mleka, bo ciągle było mu mało i musiał próbować od nowa i tworzyć coraz to nowsze kombinacje…
Kolorowy deszcz
Słoik napełniony do 3/4 wodą dopełniliśmy pianką do golenia by na wierzch naszej białej chmurki Maluch mógł wkraplać nasze rozmieszane barwniki. Wiele zachwytu wzbudziły już pomieszane piękne barwy, które powstały na wierzchu. Po chwili zauważyliśmy co dzieje się pod chmurką i teraz kucając obserwowaliśmy nasze pierwsze kolorowe krople.

Zabawa się rozkręcała, a tempo podkręcał sam Tomek, który z coraz to większą prędkością dolewał więcej i więcej barwników dla większego efektu. Na końcu stwierdził, że z naszej chmurki pada czerwony deszcz, który po wymieszaniu łyżeczką i dolaniu wszystkich rozmieszanych barwników stał się błotem do zabawy dla Georga i Peppy. Skończyło się oczywiście tym, że ukochane figurki zanurkowały w naszym „kolorowym deszczu – błotku” i potem wszystko i wszyscy byli do kąpania, nie wspominając o kuchni, która wyglądała jak po wielkim wybuchu błotnego wulkanu.
Lawa w słoiku

Swego czasu popularne były lampy z pływającymi bąbelkami w środku. Nam również udało się takie bąbelki zrobić w słoiku.
Potrzebowaliśmy słoik, olej, wodę, barwnik spożywczy oraz tabletkę musującą (my wykorzystaliśmy wapno).
Tomek do 3/4 wysokości słoika wlał olej, dolaliśmy wody, a później dodaliśmy barwnika. Małe paluszki rozkruszyły wapno i ostrożnie wsypywał do słoika. Efekt nas bardzo zaskoczył i bardzo zadowoleni oglądaliśmy nasze bąbelki.

Niebo

Ten eksperyment mieliśmy zrobić już przez dłuższy czas i w końcu się nam udało! Jest bardzo popularny w sieci i często nazywany jest galaktyką w słoiku. 
Do słoika nalaliśmy wodę zabarwioną na czerwono i z wielkim zaangażowaniem Maluszek dodał waty.
Dodał brokat, zamieszał i znowu dodał waty. Kolejnym krokiem było dolanie wody zabarwionej na zielono, znowu dosypał brokatu i wymieszał.
Gotowe niebo burzowe.

Wędrujące kolory
Tutaj musieliśmy przygotować 6 szklanek, w trzech mieliśmy zabarwioną wodę, natomiast w trzech pozostałych samą wodę. Kolejnym krokiem było przygotowanie ręczników papierowych. Tomek zwijał zawzięcie papier i układał w szklankach.

A tutaj pokazujemy etapy wędrówki kolorów:

Tyle naszych eksperymentów…Wnioski z tego warsztatu? Rozbudziły ogromną ciekawość, codziennie słyszę: „Mamo, eksperymenty?” Cieszy mnie to bardzo i na pewno będziemy kontynuować, a nasze poczynania systematycznie publikować.

Zapraszam do zapoznania się z eksperymentami u innych uczestników projektu!

#Przygody z książką 4…Gdzie jest pingwin? + lapbook

„Gdzie jest pingwin?”

wyd. IUVI

Nasz pierwszy lapbook – pingwiny

Po krótkim zastanowieniu wybraliśmy na dziś książkę do wyszukiwania niesfornych pingwinów. Temat pingwinów stał się obiektem naszych zainteresowań niedawno, a tym samym tytułowa książka wróciła do łask i stała się częściej oglądana.
„Gdzie jest pingwin?” to pozycja dla wielbicieli wytężania wzroku i małych detektywów. Naszym zadaniem jest śledzenie rodziny pingwinów – uciekinierów. Ta wesoła dziesiątka uciekła z ZOO i postanowiła wrócić „do siebie”, na Antarktydę. Po drodze zatrzymują się w wielu ciekawych miejscach…
My bardzo lubimy czytać opisy poszczególnych członków rodziny. Ulubieńcem Malucha jest Dzidzia i Gwiazdor, lubiący być zawsze  w centrum zainteresowania.

Przygodę rozpoczynamy od stron prezentujących ucieczkę z ZOO. To chyba najchętniej maglowane dwie strony u nas. Analiza tych stron nie kończy się na wyszukaniu tytułowych bohaterów, ale na przeanalizowaniu każdego zwierzątka i opowiedzeniu co kto gdzie robi…czasami trwa to na tyle długo, że musimy zrobić przerwę przed kolejnymi stronami.


Pingwiny zwiedzają 15 różnych miejsc. Przygodę rozpoczynają od centrum handlowego, w którym każdy z nich znajduje coś ciekawego. Ich misją jest zrobienie zakupów na dalsza drogę, ale przecież to tak fascynujące miejsce…

Do dyspozycji mamy 17 miejsc, które bohaterowie odwiedzają m.in. jezioro, gdzie odpoczywają po emocjach poprzednich dni ponieważ byli uczestnikami balu przebierańców i zwiedzali dom strachów. Na torze gokartowym świętują urodziny, natomiast na obiad wybierają się do najlepszej restauracji w mieście.

 Pingwiny biorą również udział w balu karnawałowym,zwiedzają pustynię, pluskają się na basenie, a nawet spełnia się marzenie Gwiazdora i mają okazję posłuchać koncertu z muzyką poważną na żywo.

W  deszczowe dni pingwiny zabawiają się w kręgielni i muzeum. A jakby emocji było mało nurkują w przestworzach oceanu i latają wysoko w powietrzu..tak wysoko, że na skutek pomyłki lądują w przestrzeni kosmicznej. Wyszukiwanie pingwinów wśród ufoludków jest nie lada wyzwaniem…
Końcowa strona to przywitanie na Antarktydzie…i tutaj to już obłęd 😉 wśród wielu pingwinów musimy odnaleźć 10 naszych tytułowych bohaterów i ich rozpoznać.
Może zechcecie się pobawić z nami i wyszukacie członków naszej rodzinki?
Dla zniecierpliwionych na końcu książki znajdziemy podpowiedzi i musimy zdradzić, że sami korzystaliśmy ze ściągawki gdy nasza frustracja niebezpiecznie wzrastała;)
Dla kogo ta książka? Dla tych wszystkich, którzy są fanami słynnego Mamoko i lubią spędzać czas na wytężaniu wzroku. Miło spędzą czas i młodsi i starsi, a obiecuję Wam, że rodzice przy tej pozycji się też nudzić nie będą. 
Książka jest bardzo ładnie wydana, jest to duży format, w twardej oprawie, miejscami okładka jest lakierowana, co też może stanowić atrakcję dla najmłodszych czytelników. Natomiast strony wewnątrz są wykonane z grubszego papieru i na pewno przez to trwalsze przy częstym kartkowaniu.
Zainteresowanie pingwinami musieliśmy wykorzystać i powstał pomysł na wykonanie lapbooka. Rozpoczęłam poszukiwanie informacji na temat pingwinów w internecie i natrafiłam na materiały wykonane przez jedną z mam prowadzącą arcyciekawego bloga Raaany Julek!. Autorka bloga udostępnia za darmo wiele ciekawych materiałów i pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi. Pozwoliłam sobie ściągnąć te materiały i tak o to rozpoczęła się nasza przygoda…
Wycinania było co niemiara, ale radości z tworzenia chyba jeszcze więcej. Maluch dzielnie pomagał w czym tylko mógł i spędził naprawdę wiele czasu w skupieniu na swojej pracy. 
Dzielnie kolorował, smarował klejem poszczególne elementy i przyklejał w wyznaczonych miejscach.
Wnętrze prezentuje się następująco:

 Co znajdziemy w środku?
– książeczkę z różnymi aktywnościami pingwinów; przeglądamy, a Maluch opowiada, że pingwin jeździ na łyżwach, czyta, siedzi, trzyma balony, słucha muzyki, myje się, pływa, pije itd.

– druga kieszonka to kolory; postaci pingwinów z różnokolorowymi koszyczkami na brzuszkach – pomaga nam to w powtarzaniu kolorów, a do tego łączymy zabawę z rybkami z koszyczka z okładki. Dopasowujemy kolor rybki z odpowiednim kolorem koszyka pingwina.

– cyfry – pingwiny z cyframi, u nas to od 1-5, na razie skupiamy się na powtarzaniu tylko tych. Układamy w kolejności, ćwiczymy paluszkiem pisanie po obrysie, a także dopasowujemy odpowiednią liczbę klocków czy kapsli. 

– taki duży taki mały – układanka od najmniejszego do największego.
– kształty – to ulubiona kieszonka, nasze własnoręcznie wykonane pingwiny w kształcie serca, kwadratu, koła i prostokąta mają swój pokraczny urok i chyba najbardziej są też „znoszone”, ponieważ uczestniczą w wielu aktywnościach Tomka, a nawet z nim spały…

– przedostatnia kieszonka to garść teorii na temat pingwinów. Dowiadujemy się między innymi gdzie  mieszkają, co jedzą, w jaki sposób się poruszają oraz że wykluwają się z jaja.

– na okładce jeszcze przykleiliśmy oddzielną przegródkę z obrazkami pingwinów, gdzie na poszczególnych karteczkach Tomek kolorował kolejne części ciała naszych małych przyjaciół. 
 – ostatnia przegroda to kto lubi czarny i biały? – czyli zwierzęta, które występują własnie w tych barwach, a tam m.in. skunks, sroka, orka, kot, panda czy nasz tytułowy pingwin.
Całość wygląda naprawdę imponująco i nie ma człowieka, który by nie wszedł do naszego mieszkania i nie został „poczęstowany” dziełem. Tomek jest zafascynowany i często wraca do zabawy. Bardzo serdecznie polecam taki sposób na naukę. Daje dużo satysfakcji dziecku i dorosłemu. My na pewno na tym jednym nie spoczniemy i już mamy kilka pomysłów na nowy lapbook.

Tyle u nas z okazji 4 wpisu w ramach „Przygód z książką”. Polecam wpisy innych uczestników projektu!